Tytuł: Kocham cię.
Typ: One-shot
Gatunek: fluff, lekki slash
Paringi: Nouis
Ostrzeżenia: Brak
Długość: 1607 słówNotka autorska: Nie pytajcie mnie, czemu napisałam fick z 1D. Po prostu musiałam. [*]
Edit: Błędy poprawione 4.05.
„Kocham cię”
Pamiętam, jak
pierwszy raz powiedziałem ci te słowa, kiedy nasza znajomość w
zespole zaczęła kwitnąć. Nie znaliśmy się w sumie długo, ale
te dwa wyrazy z moich ust miały posiadać jedynie wydźwięk mówiący
o tym, że bardzo cię lubię. Mówiłem tak do każdego. Do Zayna,
Hazzy, czy Liama. Mówiłem, bo ich lubiłem, a w głębi siebie
miałem wrażenie, że dzięki temu czują się bardziej szczęśliwi.
Do ciebie też to kierowałem, bo chciałem widzieć na twojej twarzy
uśmiech. Nie przywiązywałem do nich wielkiej wagi. Po prostu
mówiłem.
„Kocham cię”
Naprawdę lubiłem patrzeć jak się uśmiechasz. Tak ładnie chowałeś twarz w dłonie, czy też zakrywałeś kapturem od swojej bluzy, kiedy siedziałem obok ciebie i z czasem szepnąłem to wyrażenie w twoje ucho. Widziałem, że cię to peszyło, ale wtedy nie zwracałem na to uwagi. Z czasem szturchnąłem cię za ramię, byś na mnie spojrzał, a wtedy unosiłem szeroko kącik ust w górę. Doprawdy, byłeś uroczy. Te lekkie wypieki na policzkach i zawstydzenie na całej twarzy, które objawiało się u ciebie też nerwową zabawą palcami - nie mogłem się na to napatrzeć.
Uwielbiałem się z tobą droczyć, z czasem tylko po to, byś po raz kolejny znów się tak uśmiechnął.
„Kocham cię”
Jednak z czasem miałem wrażenie, że chyba zaczęło cię to denerwować. Nie wiedziałem z początku, co o tym myśleć, więc po prostu stwierdziłem, że może masz gorszy dzień, zły humor, czy coś? Naprawdę nie miałem zielonego pojęcia. Dlatego też właśnie stwierdziłem, że nie będę mówił ci tego tak często. Powstrzymywałem się jak umiałem, bo przecież i tak wszystko miało być tylko i wyłącznie dla żartu, a żadnego głębszego uczucia w tym nie widziałem. Naprawdę się powstrzymywałem, jednak coś w głębi, korciło mnie, by wyszeptać ci te słowa jeszcze parę razy więcej.
Przeszedłszy w spokoju nasz dom, zarzuciłem jedną dłoń za głowę, uśmiechnąłem się głupio. Nikogo prócz ciebie i mnie tutaj nie było, więc pomyślałem sobie, że może pójdę i podroczę się z tobą bardziej? Naprawdę tak mnie to kusiło. I wciąż zastanawiałem się dlaczego. Przecież do innych ostatnio nie mówiłem tego wcale, cała moja uwaga była skupiona zaś na tobie.
Nie wiedziałem, co o tym sądzić.
Może po prostu polubiłem cię bardziej?
Albo zaś tak bardzo podniecałem się tym, że tak ładnie się denerwujesz?
Podniecałem?
Dziwne słowo.
Wszedłem powoli schodami na górę i zatrzymałem się przy twoim pokoju. Na moją twarz wyskoczył szeroki, typowy dla mnie uśmiech i przekroczyłem drzwi. Siedziałeś na kanapie ze słuchawkami na uszach. Kiedy tylko mnie zauważyłeś zdjąłeś z siebie urządzenie i wstałeś. Znów to samo, zapatrzyłem się na ciebie. Ech, coś złego się ze mną dzieje.
- Kocham... - już miałem powiedzieć...
- Przestań, Lou. - … ale mi przerwałeś.
Uchyliłem usta jak i oczy w szoku, zupełnie nie wiedząc, co do mnie powiedziałeś, jakby to wszystko było mówione do mnie w zupełnie obcym mi języku. Moje wargi nagle się zamknęły, a mimika twarzy obróciła o sto osiemdziesiąt stopni. Zdumiony zamrugałem oczami, a ty podszedłeś bliżej, opierając swoją dłoń o mój tors.
- Lou, przestań, to nie jest zabawne... Nie lubię, kiedy tak mówisz, nie lubię żartów. - wyszeptałeś opuszczając głowę, a ja jak ten debil patrzyłem ci na twarz..
Nie wiedziałem co o tym sądzić, zawsze myślałem, że... że... nie przeszkadza ci to.
Spojrzałem ci z żalem w oczy i po prostu wyszedłem.
Wyszedłem, chcąc zaszyć się od reszty świata.
Dlaczego...?
„Kocham cię...?”
„Kocham cię”
Naprawdę lubiłem patrzeć jak się uśmiechasz. Tak ładnie chowałeś twarz w dłonie, czy też zakrywałeś kapturem od swojej bluzy, kiedy siedziałem obok ciebie i z czasem szepnąłem to wyrażenie w twoje ucho. Widziałem, że cię to peszyło, ale wtedy nie zwracałem na to uwagi. Z czasem szturchnąłem cię za ramię, byś na mnie spojrzał, a wtedy unosiłem szeroko kącik ust w górę. Doprawdy, byłeś uroczy. Te lekkie wypieki na policzkach i zawstydzenie na całej twarzy, które objawiało się u ciebie też nerwową zabawą palcami - nie mogłem się na to napatrzeć.
Uwielbiałem się z tobą droczyć, z czasem tylko po to, byś po raz kolejny znów się tak uśmiechnął.
„Kocham cię”
Jednak z czasem miałem wrażenie, że chyba zaczęło cię to denerwować. Nie wiedziałem z początku, co o tym myśleć, więc po prostu stwierdziłem, że może masz gorszy dzień, zły humor, czy coś? Naprawdę nie miałem zielonego pojęcia. Dlatego też właśnie stwierdziłem, że nie będę mówił ci tego tak często. Powstrzymywałem się jak umiałem, bo przecież i tak wszystko miało być tylko i wyłącznie dla żartu, a żadnego głębszego uczucia w tym nie widziałem. Naprawdę się powstrzymywałem, jednak coś w głębi, korciło mnie, by wyszeptać ci te słowa jeszcze parę razy więcej.
Przeszedłszy w spokoju nasz dom, zarzuciłem jedną dłoń za głowę, uśmiechnąłem się głupio. Nikogo prócz ciebie i mnie tutaj nie było, więc pomyślałem sobie, że może pójdę i podroczę się z tobą bardziej? Naprawdę tak mnie to kusiło. I wciąż zastanawiałem się dlaczego. Przecież do innych ostatnio nie mówiłem tego wcale, cała moja uwaga była skupiona zaś na tobie.
Nie wiedziałem, co o tym sądzić.
Może po prostu polubiłem cię bardziej?
Albo zaś tak bardzo podniecałem się tym, że tak ładnie się denerwujesz?
Podniecałem?
Dziwne słowo.
Wszedłem powoli schodami na górę i zatrzymałem się przy twoim pokoju. Na moją twarz wyskoczył szeroki, typowy dla mnie uśmiech i przekroczyłem drzwi. Siedziałeś na kanapie ze słuchawkami na uszach. Kiedy tylko mnie zauważyłeś zdjąłeś z siebie urządzenie i wstałeś. Znów to samo, zapatrzyłem się na ciebie. Ech, coś złego się ze mną dzieje.
- Kocham... - już miałem powiedzieć...
- Przestań, Lou. - … ale mi przerwałeś.
Uchyliłem usta jak i oczy w szoku, zupełnie nie wiedząc, co do mnie powiedziałeś, jakby to wszystko było mówione do mnie w zupełnie obcym mi języku. Moje wargi nagle się zamknęły, a mimika twarzy obróciła o sto osiemdziesiąt stopni. Zdumiony zamrugałem oczami, a ty podszedłeś bliżej, opierając swoją dłoń o mój tors.
- Lou, przestań, to nie jest zabawne... Nie lubię, kiedy tak mówisz, nie lubię żartów. - wyszeptałeś opuszczając głowę, a ja jak ten debil patrzyłem ci na twarz..
Nie wiedziałem co o tym sądzić, zawsze myślałem, że... że... nie przeszkadza ci to.
Spojrzałem ci z żalem w oczy i po prostu wyszedłem.
Wyszedłem, chcąc zaszyć się od reszty świata.
Dlaczego...?
„Kocham cię...?”
Dlaczego to mnie tak zabolało?
Dlaczego miałem wrażenie, że cały czas krzywdziłem cię tymi
słowami, chociaż tak naprawdę wszystko wypowiadałem tylko po to
byś się uśmiechał? Dlaczego wszystko w jednej chwili stanęło
przeciwko mnie?
A może po prostu coś się zmieniło?
A może po prostu coś się zmieniło?
Odkąd mi to powiedziałeś,
„kocham cię” ani razu nie padło z moich ust. Z bólem serca
patrzyłem, jak szczerze uśmiechasz się do Hazzy czy Zayna, za
każdym razem mnie omijając szerokim łukiem, kiedy tylko chciałem
coś powiedzieć. Czyżbyś miał mi za złe?
Nie wiedziałem.
Ale dlaczego ja... tak bardzo przeżywałem to wszystko?
Dlaczego czułem, jakby coś wewnątrz mnie się przewracało, kiedy spoglądałeś na mnie tym biednym, smutnym wzrokiem?
Od kilku dni nic nie jadłem, siedziałem prawie bez życia, a kiedy tylko przechodziłeś obok, dziwny żal ściskał mnie za serce, a z czasem nawet jakaś łza zakręciła się w oku. Ale przecież musiałem być silny, nie? Mężnie przeciwstawiałem się wszystkiemu, próbując znaleźć gdzieś w głębi siebie motyw, czy chociażby zalążek tego, dlaczego tak się zachowuję.
Bez skutku.
Pewnego dnia jednak zaczepił mnie Zayn, szturchając w ramię i siadając obok mnie na kanapie.
- Ej stary, co się dzieje? Ostatnio jesteś jakiś nieteges...?
Zerknąłem na niego z niechęcią.
- Nic, po prostu... mam problem.
Malik wybałuszył oczy, patrząc na mnie, jak na debila i klepnął w bark.
- Następny. Przed chwilą to Niall zwierzał się Harry'emu, że i on ma problem, a teraz ty. Chłopaki, co jest z wami?
Teraz zaś spojrzałem na młodszego od siebie z zainteresowaniem.
Nie wiedziałem.
Ale dlaczego ja... tak bardzo przeżywałem to wszystko?
Dlaczego czułem, jakby coś wewnątrz mnie się przewracało, kiedy spoglądałeś na mnie tym biednym, smutnym wzrokiem?
Od kilku dni nic nie jadłem, siedziałem prawie bez życia, a kiedy tylko przechodziłeś obok, dziwny żal ściskał mnie za serce, a z czasem nawet jakaś łza zakręciła się w oku. Ale przecież musiałem być silny, nie? Mężnie przeciwstawiałem się wszystkiemu, próbując znaleźć gdzieś w głębi siebie motyw, czy chociażby zalążek tego, dlaczego tak się zachowuję.
Bez skutku.
Pewnego dnia jednak zaczepił mnie Zayn, szturchając w ramię i siadając obok mnie na kanapie.
- Ej stary, co się dzieje? Ostatnio jesteś jakiś nieteges...?
Zerknąłem na niego z niechęcią.
- Nic, po prostu... mam problem.
Malik wybałuszył oczy, patrząc na mnie, jak na debila i klepnął w bark.
- Następny. Przed chwilą to Niall zwierzał się Harry'emu, że i on ma problem, a teraz ty. Chłopaki, co jest z wami?
Teraz zaś spojrzałem na młodszego od siebie z zainteresowaniem.
- On... Ma... Problem? -
wyszeptałem, mrugając oczami.
- No tak... Harry mówił, że Niall... powiedział mu coś w rodzaju „on sobie tylko ze mnie żartuje, to tak boli...” i prawie aż rozpłakał się na jego ramieniu.
Na słowa Zayna poczułem, jakby ktoś nagle wylał mi kubeł zimnej wody na łeb. Czy ja naprawdę byłem taki głupi, żeby się tego nie domyśleć? Czy ja serio...?
Spojrzałem na Malika z szeroko otwartymi oczami, prędko podniosłem się z miejsca i wypaliłem.
- Gdzie Niall?
- W swoim pokoju, ale... - ciemnowłosy rozdziawił usta, ale nie wiedziałem, co było z nim dalej, bowiem już dawno leciałem na górę po schodach.
W tamtym momencie miałem szczerze wyjebane na wszystko.
Liczyła się dla mnie tylko jedna rzecz.
A mianowicie...
„Kocham cię...?!”
Drzwi do twojego pokoju otworzyłem niemal z zamachem o mało co się nie przewracając, bowiem nie wyrobiłem za zakręcie na schodach. Ty zaś tylko wybałuszyłeś oczy w trybie natychmiastowym podnosząc się z kanapy i spojrzałeś na mnie. Widziałem twoje szklące się oczy, widać było, że rozmowa z Harrym nie była dość dawno. Nie zdążyłeś nawet nic krzyknąć, bo złapałem cię za ramiona, pchnąłem zdecydowanym ruchem na kanapę i po prostu... wpiłem się w twoje wargi. Wyrywałeś się, szarpałeś, ale ja miałem więcej siły. Przycisnąłem cię do oparcia i przymknąłem powieki, próbując pogłębić pocałunek.
Usłyszałem twój jęk. Dlaczego mi się to tak cholernie podobało...?
Odsunąłem się dopiero po chwili, kiedy nie czułem już powietrza w płucach. Po tym czynie zaś spojrzałem ci w oczy i po prostu wyszeptałem:
- Kocham cię.
Matko Boska, święta najjaśniejsza trzymaj mnie, co ja wyprawiam?!
Patrzyłeś na mnie, jakbym miał coś dziwnego na twarzy. Twoje oczy uchylone w dziwnym strachu, spojrzeniem rozdzierały mnie na pół. Czułem, jak drżałeś. Po chwili zaś to jak palce twojej jednej dłoni zaciskają się w mocny uścisku na moim karku, a ciało przyszpila się do mnie, jakbym był pluszakiem.
- Lou... nie żartujesz, prawda?
Drżenie twojego ciała rozwalało mnie na pół. Objąłem twoje plecy dłonią i tak zatrzymałem przy sobie. Odchyliłeś głowę, a ja wtedy zauważyłem twoje łzy. Coś wewnątrz mnie aż ścisnęło, bo po chwili odruchowo ucałowałem lekko twoje policzki i powiedziałem półgłosem.
- Nie Niall, nie żartuję, naprawdę cię kocham.
Niech się kurwa dzieje wola nieba, zobaczymy do czego nas to zaprowadzi.
Godziny zmieniały się dla mnie w minuty, minuty w sekundy, a sekundy... Nie potrafiłem określić swojego położenia. Czułem, jak spadam, jak serce z jednej strony zaciska się w bólu, a z drugiej zaś...
„...chyba cię kocham...”
Nawet nie zauważyłem, jak moje ręce same zaczęły rozpinać suwak od twojej bluzy, jak wargi stęsknione składać subtelne pocałunki na twojej szyi, znajdując powolną drogę w dół po nagiej klatce piersiowej. Jak nasz dotyk mieszał się ze sobą, wywołując ciche, ale tak bardzo rozkoszne dźwięki, jakie uciekały z naszych ust. Jak twoje ciało niemal wyginało się pode mną, kiedy przesuwałem palcami po tobie, całkiem nagim. Jak ochoczo wgryzałem się w twoje usta, atakując je pocałunkami, i jak po prostu chciałem, by było ci dobrze.
- Louis... - szepnąłeś mocno zagryzając wargę.
Odetchnąłem głęboko, przymykając powieki i pozwoliłem, by kolejny jęk uciekał z twoich ust. Zacisnąłem mocno dłoń na twoim barku i po prostu poczułem, jak zewsząd ogarnia mnie nieopisane ciepło. Jak jest mi ciasno. Gorąco. Tak dobrze.
- LOUIS!!! - wyrwało się z twoich ust, a ja odleciałem.
- No tak... Harry mówił, że Niall... powiedział mu coś w rodzaju „on sobie tylko ze mnie żartuje, to tak boli...” i prawie aż rozpłakał się na jego ramieniu.
Na słowa Zayna poczułem, jakby ktoś nagle wylał mi kubeł zimnej wody na łeb. Czy ja naprawdę byłem taki głupi, żeby się tego nie domyśleć? Czy ja serio...?
Spojrzałem na Malika z szeroko otwartymi oczami, prędko podniosłem się z miejsca i wypaliłem.
- Gdzie Niall?
- W swoim pokoju, ale... - ciemnowłosy rozdziawił usta, ale nie wiedziałem, co było z nim dalej, bowiem już dawno leciałem na górę po schodach.
W tamtym momencie miałem szczerze wyjebane na wszystko.
Liczyła się dla mnie tylko jedna rzecz.
A mianowicie...
„Kocham cię...?!”
Drzwi do twojego pokoju otworzyłem niemal z zamachem o mało co się nie przewracając, bowiem nie wyrobiłem za zakręcie na schodach. Ty zaś tylko wybałuszyłeś oczy w trybie natychmiastowym podnosząc się z kanapy i spojrzałeś na mnie. Widziałem twoje szklące się oczy, widać było, że rozmowa z Harrym nie była dość dawno. Nie zdążyłeś nawet nic krzyknąć, bo złapałem cię za ramiona, pchnąłem zdecydowanym ruchem na kanapę i po prostu... wpiłem się w twoje wargi. Wyrywałeś się, szarpałeś, ale ja miałem więcej siły. Przycisnąłem cię do oparcia i przymknąłem powieki, próbując pogłębić pocałunek.
Usłyszałem twój jęk. Dlaczego mi się to tak cholernie podobało...?
Odsunąłem się dopiero po chwili, kiedy nie czułem już powietrza w płucach. Po tym czynie zaś spojrzałem ci w oczy i po prostu wyszeptałem:
- Kocham cię.
Matko Boska, święta najjaśniejsza trzymaj mnie, co ja wyprawiam?!
Patrzyłeś na mnie, jakbym miał coś dziwnego na twarzy. Twoje oczy uchylone w dziwnym strachu, spojrzeniem rozdzierały mnie na pół. Czułem, jak drżałeś. Po chwili zaś to jak palce twojej jednej dłoni zaciskają się w mocny uścisku na moim karku, a ciało przyszpila się do mnie, jakbym był pluszakiem.
- Lou... nie żartujesz, prawda?
Drżenie twojego ciała rozwalało mnie na pół. Objąłem twoje plecy dłonią i tak zatrzymałem przy sobie. Odchyliłeś głowę, a ja wtedy zauważyłem twoje łzy. Coś wewnątrz mnie aż ścisnęło, bo po chwili odruchowo ucałowałem lekko twoje policzki i powiedziałem półgłosem.
- Nie Niall, nie żartuję, naprawdę cię kocham.
Niech się kurwa dzieje wola nieba, zobaczymy do czego nas to zaprowadzi.
Godziny zmieniały się dla mnie w minuty, minuty w sekundy, a sekundy... Nie potrafiłem określić swojego położenia. Czułem, jak spadam, jak serce z jednej strony zaciska się w bólu, a z drugiej zaś...
„...chyba cię kocham...”
Nawet nie zauważyłem, jak moje ręce same zaczęły rozpinać suwak od twojej bluzy, jak wargi stęsknione składać subtelne pocałunki na twojej szyi, znajdując powolną drogę w dół po nagiej klatce piersiowej. Jak nasz dotyk mieszał się ze sobą, wywołując ciche, ale tak bardzo rozkoszne dźwięki, jakie uciekały z naszych ust. Jak twoje ciało niemal wyginało się pode mną, kiedy przesuwałem palcami po tobie, całkiem nagim. Jak ochoczo wgryzałem się w twoje usta, atakując je pocałunkami, i jak po prostu chciałem, by było ci dobrze.
- Louis... - szepnąłeś mocno zagryzając wargę.
Odetchnąłem głęboko, przymykając powieki i pozwoliłem, by kolejny jęk uciekał z twoich ust. Zacisnąłem mocno dłoń na twoim barku i po prostu poczułem, jak zewsząd ogarnia mnie nieopisane ciepło. Jak jest mi ciasno. Gorąco. Tak dobrze.
- LOUIS!!! - wyrwało się z twoich ust, a ja odleciałem.
Płynne ruchy, jedno ciało
stworzone z dwóch, kilka cięższych oddechów i ta dziwna, cholerna
satysfakcja. Twoje dłonie tak mocno drapiące paznokciami moje
ramiona, twoje usta zaciskające się z przeszywającej rozkoszy i
twoje buzujące od gorąca ciało – to wszystko wystarczyło, bym
odchylił głowę w tył, wygiął plecy, a potem nie wiedział, co
się ze mną dzieje.
Padłem w sidła, ale nie umiałem się z nich wydostać. Nigdy nie czułem czegoś takiego, kiedy byłem tak blisko z tobą. Nie wiedziałem, jak miałem określić stan w jakim się znajdowałem.
Jak mogłem to prawilnie nazwać?
Pożądaniem...?
„chyba na pewno cię kocham.”
Padłem w sidła, ale nie umiałem się z nich wydostać. Nigdy nie czułem czegoś takiego, kiedy byłem tak blisko z tobą. Nie wiedziałem, jak miałem określić stan w jakim się znajdowałem.
Jak mogłem to prawilnie nazwać?
Pożądaniem...?
„chyba na pewno cię kocham.”
Nie. To była miłość. Miłość,
którą odkryłem dzięki tobie. Do ciebie. Usiadłem zmęczony na
kanapę, odchylając głowę w tył, kiedy poczułem, jak twoja głowa
kładzie się na moich kolanach. Spojrzałem w twoje oczy i
uśmiechnąłem się, przeczesując twoje jasne kosmyki w palcach.
To na pewno była miłość, tylko to ja byłem głupi i jej nie widziałem.
Ale to właśnie ty otworzyłeś mi oczy, że kocham. Że kocham właśnie ciebie.
To na pewno była miłość, tylko to ja byłem głupi i jej nie widziałem.
Ale to właśnie ty otworzyłeś mi oczy, że kocham. Że kocham właśnie ciebie.
- Louis...? - spytałeś.
Uniosłem brew, zdumiony.
- Co się stało?
Przygryzłeś wargę, przymykając powieki.
- Nic, kocham cię...
…Po prostu cię kocham i nie patrzę na żadne granice czy nieścisłości jakie nas dzielą. - Niall.
Zaśmiałem się i złapałem w dłonie koc, nakrywając nas.
„… A ja kocham ciebie Niall i nie jest to moim głupim żartem byś tylko się uśmiechał. Chcę byś uśmiechał się tylko i wyłącznie dzięki mnie, bowiem jesteś tylko mój.”
Uniosłem brew, zdumiony.
- Co się stało?
Przygryzłeś wargę, przymykając powieki.
- Nic, kocham cię...
…Po prostu cię kocham i nie patrzę na żadne granice czy nieścisłości jakie nas dzielą. - Niall.
Zaśmiałem się i złapałem w dłonie koc, nakrywając nas.
„… A ja kocham ciebie Niall i nie jest to moim głupim żartem byś tylko się uśmiechał. Chcę byś uśmiechał się tylko i wyłącznie dzięki mnie, bowiem jesteś tylko mój.”
