Blog z opowiadaniami yaoi z zespołami z koreańskiego popu, poświęcony w większości fanfiction o zespole EXO. Większość tylko z tej tematyki, ale jestem pewna, że trafi się również coś innego. Nie lubisz, nie czytaj.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OT12. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OT12. Pokaż wszystkie posty

Nie z tego świata - Trzeci.

7 komentarzy:



Tytuł: Nie z tego świata
Typ: Seria. [Rozdział 3]
Gatunek: AU
Paringi: OT12 [TaoHun, XiuBaek]
Ostrzeżenia: Przekleństwa, pobicie
Długość: 5158 słów
Notka autorska: Marta Cz. spełniła się Twoja chęć na paring. <:


Od dobrych dziesięciu minut siedział na jednej z drewnianych ławek w pekińskim parku i wodził wzrokiem za kolejnym idącym koło niego przechodniem. Zaczęło mu się już nieco nudzić, bo to czekanie na jego dziewczynę robiło się naprawdę irytujące. Hyosung – Koreanka z którą był dobry rok, stwierdziła, że w końcu muszą się spotkać, skoro miesiąc się nie widzieli, bowiem ma mu coś ważnego do powiedzenia.
Tylko Tao zastanawiał się, co to takiego mogło być.
Przez pierwszą chwilę w jego głowie pojawiła się myśl, że może chce go przeprosić za to, że się tyle nie odzywała i udawała, jakby w ogóle nie byli ze sobą. Chociaż nie, to nie byłoby w jej stylu. Hyo sama w sobie miała bardzo trudny charakter, który Tao poznał u niej już niemal za pierwszym spojrzeniem w te duże, brązowe oczy. Widział w niej wielką, zaplutą sukę, która miała na celu, by trzymać przy sobie tylko swoje własne dobro, a nie ogółu. Była niczym dziwka – może i nie dawała dupy (chociaż kto ją tam wiedział, skoro widywali się nawzajem tak rzadko), jednak co Tao miał zrobić, skoro ona mieszkała w Korei, a on w Chinach? Wiedział, że na pewno kogoś miała, tylko po prostu udawał, że przed nim dzieje się zupełnie co innego. Dlaczego? Bo zwyczajnie nie chciał się denerwować. I tak nigdy jej nie lubił, a miłym w jej towarzystwie stawał się tylko z przymusu, zakładając na twarz maskę słodkiego, chińskiego chłopca, o ślicznej, przefarbowanej blond czuprynie. Nigdy w sumie jej nie kochał, więc nawet jeżeli przyjdzie do niego z jakimś swoim nowym lowelasem, to jakoś bardzo nie będzie mu przykro. W sumie pójdzie mu to na rękę, bo sam nie miałby serca z nią zrywać – i tu znów ukazuje się ta jego delikatna, może nieco naiwna strona.
A może zwyczajnie chodziło mu o zupełnie inny powód, dla którego nie kochał Hyosung, tylko po prostu nie chciał się jakoś do niego specjalnie przyznawać?
Westchnął ciężko, na chwilę przymykając powieki, ale uśmiechnął się delikatnie, dłonią odrzucając z czoła zalegające mu na oczach przydługie blond kosmyki grzywki. Ciekawe ile jeszcze będzie musiał czekać na nią, żeby się prędzej dowiedzieć, co za nowego patałacha sobie znalazła. Serio, miał lepsze rzeczy do roboty, a jakoś spotkania z nią zaczęły go coraz bardziej męczyć.
W pewnym momencie poczuł, jak jego wyciszony z dźwięku telefon zaczął wibrować, więc ocknął się ze swojego zamyślenia i wyciągnął go z kieszeni dżinsów, po czym pokręcił głową z dezaprobatą. Hyosung dzwoniła – Boże czemu nie można tego załatwić szybciej?
Odebrał, oczywiście przeklinając dziewczynę w myślach.
- No cześć, co... - ale uciął, bo Hyo mu przerwała.
- Kochanie, obejrzyj się.
Specjalnie na coś takiego by nie zareagował, ale jakoś tak mu się zrobiło dziwnie słabo i jego ciało nieznacznie zadrżało. A jeszcze na dodatek ten dziewczęcy głos usłyszał tuż nad swoim uchem, co za tym idzie, dreszcze przy czymś takim wzmacniają się razy dwa. Można powiedzieć, że Tao miał wrażenie, jakby ta lalunia go śledziła.
Za poleceniem (co w sumie było nawet odruchem bezwarunkowym) obrócił głowę i wtedy ujrzał jej twarz. Pierwsze co przykuło uwagę Tao był fakt, że pomalowała sobie oczy mocną kredką. Odkąd byli ze sobą, nigdy tak nie robiła, więc to była pierwsza rzecz, jaką Tao uznał za dziwną. Kolejną była też ta, że jej dekolt zbyt odsłaniał piersi – przy nim chowała je jak najbardziej się dało, a tu proszę – dziunia jak ta lala. Jednak chyba blondyn miał rację co do tego, że dawała dupy.
Hyo uśmiechnęła się do niego pobłażliwie, po czym musnęła lekko policzek chłopaka, mierzwiąc lekko dłonią jego włosy. Tao na ten gest nawet jakoś specjalnie nie zareagował, tylko wywrócił w myślach oczami. Hyosung natomiast okrążyła ławkę, na której siedział i zajęła miejsce obok Chińczyka, wciąż uśmiechając się słodko, jednak Tao wiedział, że za tym uśmieszkiem kryła się obrzydła twarz suki. Zarzuciła swoimi długimi włosami w tył i położywszy jedną z dłoni tuż przy kroczu chłopaka, posłała mu kolejny uśmiech.
- Tęskniłam za tobą, wiesz?
Tao wywrócił oczami. Nawet ta jej ręka na czułym miejscu mu nie przeszkadzała, co wydawać by się mogło nieco dziwne.
Westchnął ciężko i wzruszył ramionami.
- Możesz już przestać grać i powiedzieć w końcu o co ci chodzi? Śpieszę się, mam inne spotkanie za dziesięć minut. - no, niezły blef, ale miał już zwyczajnie dość jej pięciominutowego towarzystwa.
Może to i dziwne, ale swoim samym sposobem bycia, zaczęła mu już nieźle grać na nerwach.
Koreanka uniosła brew w szoku, cmokając z niezadowoleniem.
- A co kochanie, idziesz sobie do swojej innej dziuni? - suka, no dosłowna suka z niej.
Tao uśmiechnął się i zepchnął dłoń dziewczyny z siebie, wstając.
- Nie, ale na ciebie pewnie czeka twój nowy alfons. Spójrz na siebie, dziewczyno! Czy będąc ze mną ubierałaś się tak? Nigdy nie widziałem, żebyś chociażby założyła nieco krótszą spódnicę, czy chociażby bluzkę lekko odkrywającą brzuch! - powiedział, starając się nie krzyczeć, a Hyo tylko spojrzała na niego z wielkimi oczami, próbując powstrzymać się od krzyku.
Opuściła głowę, a z jej oczu nagle pociekły łzy.
- Ty myślisz tylko o jednym, chciałeś jedynie mojego dziewictwa, a nie miłości, j-jak możesz?!
- Przestań pieprzyć! W ciąży jesteś, że tak ci się nastroje zmieniają? - Huang westchnął z przekąsem, posyłając dziewczynie pełne politowania spojrzenie, a ta tylko wstała i pchnęła go lekko dłońmi za klatkę piersiową, ale to i tak nic nie dało.
- A nawet jeżeli jestem w ciąży, to gówno cię to obchodzi, na pewno nie jestem w niej z tobą! - krzyknęła, już nagle nie płacząc (tak jakby wciągnęła swoje łzy z powrotem do oczu) i zakryła szybko usta dłońmi.
- No widzisz kochanie, nawet kłamać nie umiesz~ - blondyn uśmiechnął się, powoli wstając z miejsca, jednak nie poszedł daleko, bowiem Hyo, cała czerwona ze złości złapała jego nadgarstek.
Już chciała się zamachnąć, by wymierzyć mu siarczysty policzek, jednak Tao niczym sprytny, czarny kot, uprzedził ją, samemu unieruchamiając dziewczynę za ręce. Obrócił ją w swoją stronę, patrząc w oczy z uśmiechem. Hyo otworzyła szeroko usta, próbując się mu wyrwać, jednak blondyn miał o wiele więcej siły od niej. Spojrzał w jej oczy z dziwnym triumfem i przechyliwszy ją, posłał dość wrednego, ale równie uroczego całusa.
- Czemu się na mnie nie wkurwiasz za to? Nie rozumiem...
Tao roześmiał się.
- Dlatego, że nigdy cię nie kochałem, a poza tym, jestem gejem.
Nie no, tego już było za wiele. Hyosung krzyknęła głośno, wyrywając się z całej siły z uścisku Tao, a ten drugi zaś, nagle upadł na ziemię, czując bolesne uderzenie w plecy. Z jego ust wyleciała stróżka krwi, a osoba, która ten cios mu zadała, podeszła pewnym krokiem do Hyosung,obejmując ją ramieniem.
- Ten pedał chciał mnie uderzyć. - powiedziała, udając wielce pokrzywdzoną.
- Widziałem. Ale dobrze, że podszedłem. - odezwał się trzeci, niski, męski głos.
Tao zaskoczony tym wszystkim podniósł nagle wzrok, po czym otrzymał kolejny cios, tyle, że w twarz. Jęknął cicho, upadając na ziemię, a Hyo uśmiechnęła się jadowicie.
- Dobrze, Jaehyun, a teraz idziemy. Ten szczyl okłamywał mnie cały czas – powiedziała i objęła mocno za szyję swojego nowego chłopaczka, który cały czas przyglądał się ich rozmowie zza drzewa.
Jego najkrótszy opis? Był Koreańczykiem, a z wyglądu przypominał goryla. Dosłownie.
Hyosung uśmiechnęła się szeroko i zerknęła jeszcze raz kątem oka w stronę leżącego na ziemi Tao.
- Wyśmiałeś mnie, nie myśl sobie, że puszczę ci to płazem. Takich chujków jak ty trzeba tępić, prawda, Jae? - mruknęła, kopiąc lekko obcasem buta, leżącego na brzuchu ZiTao. - A, i wiesz co, Chinolku? Spotkamy się jeszcze. Nie puszczę ci płazem tego że wyśmiałeś mnie. MNIE. Jaehyun, jak spotkamy się jeszcze raz, to zrobisz z nim porządek. Tak obijesz mordę, że nie będzie wiedział, jak się nazywa.
Koreańczyk skinął głową i wyszeptał coś dziewczynie do ucha, po czym oboje się oddalili. Zniknęli w tłumie ludzi chodzących drogami w parku, a Tao jęknął cicho pod nosem, trzymając się za żebra, po czym poniósł na obolałych rękach, kuśtykając do pobliskiego drzewa. Oparł się o jego korę, wzdychając cicho.
Chyba będzie musiał zacząć bać się o swoje życie.
Jednak potem zaśmiał się cicho. On ma się bać? A skąd! To była tylko chwila nieuwagi, bowiem nie spodziewał się, że Hyosung może wywinąć mu taki numer i przyjść na spotkanie z gorylem z zoo.
Jak widać dobrze znał się na ludziach, a co do samej Hyosung to było mu jej szkoda.
Pomasował sobie ręką obolałe żebra i z uśmiechem na ustach ruszył w stronę pobliskiego jeziora – miejsca, gdzie często lubił odpoczywać.
Teraz będzie musiał chyba odreagować podwójnie, bo żebra go tak bolą, jakby mu je ktoś połamał.
Pokręcił głową i zniknął między tłumem, spuszczając wzrok.
~*~
O tej porze nad jeziorem zawsze nikogo nie było. Ludzie uważali, że woda była zbyt zimna, albo po prostu zwyczajnie nie chciało im się tutaj przychodzić, bo nie mieli co ze sobą zrobić w tym miejscu. Było zbyt cicho i spokojnie, ale Tao zdecydowanie to jezioro uwielbiał. Przychodził tu niemal codziennie, zawsze rozkładając się z kocem pod wielką koroną rozłożystego dębu tuż naprzeciwko ogromnego jeziora, w którego tafli zawsze wesoło odbijało się słońce, a kaczki pływały na powierzchni.
Teraz także zrobił podobnie.
Z cichym westchnieniem na ustach zamknął oczy, siadając przy brzegu i mocząc w wodzie dłoń. Radosny śpiew ptaków docierał do jego uszu a przyjemny, wiosenny wiatr tylko dopasowywał się do atmosfery, bawiąc się jasnymi kosmykami ZiTao. Chłopak przygryzł wargę krzywiąc się lekko; wciąż w jego głowie siedziała Hyosung i nadal czuł ból, po tym cholernym uderzeniu w plecy. Nie to, żeby był jakoś bardzo zły, tylko po prostu zwyczajnie zrobiło mu się przykro. Był świadomy tego, jak ona będzie się prezentować przed nim, no, ale jednak mogła zachować jakiekolwiek cząstki swojego honoru i nie zachowywać się jak dziwka. Przecież mogła mu powiedzieć, że ma go w dupie, tak nie byłoby problemów. No, ale jak widać, sukom takim, jak ona nawet nie zależy na tym, by nie mieć problemów, ale by przysporzyć ich nie tylko sobie, ale i innym dokoła, jak może i była już mowa wcześniej.
Pokręcił głową z dezaprobatą, unosząc ją po chwili ku górze i uchylając powieki, po czym uniósł brew z zaskoczenia. Coś dziwnego nagle pojawiło się na niebie, kręcąc dokoła niczym karuzela i do tego świecąc okropnie jasnym światłem. Tao z początku myślał, że może była to kometa, ale przecież one nie kręcą się we wszystkie strony, ale światło od niej jak najbardziej na to wskazywało. Podniósł się do pionu i przymykając lekko oczy przez rażącą jasność, spoglądał przed siebie i na zbliżający się ku niemu obiekt. W pierwszej chwili pomyślał, że może powinien zacząć uciekać, ale jego wrodzona ciekawość jednak zwyciężyła i nie ruszył się nawet o krok. Rażąca prędkość tego obiektu w pewnym sensie przyprawiała Tao o zawroty głowy, ale nie mógł oderwać od niego wzroku. Złapał mocny dech w płuca, odchylając delikatnie do tyłu, kiedy lecąca w jego stronę „kometa” po prostu wpadła do jeziora z charakterystycznym chlupnięciem, a kilka kropel rozprysnęło się dokoła, powodując efekt odbijania pięknego, słonecznego światła w wodzie. Dziwny obiekt wpadł jakoś w połowie od samego brzegu, więc woda nawet nie dosięgnęła Huanga, ale dziwnym wydało się dla niego jedynie to, że to chlupnięcie było zbyt delikatne, jak na znalezienie się w wodzie właśnie komety. Prędzej Tao mógłby powiedzieć, że to był jakiś człowiek, niż asteroid, ale zaraz... Czy ludzie mogą spadać z nieba?!
Trzepnął się mocno dłonią po czubku głowy i spojrzał z wyrzutem przed siebie tam, gdzie jeszcze przed sekundą, słychać było chlupnięcie. Nic specjalnego jakoś się w tamtym miejscu nie działo, więc na nowo usiadł na trawie, zapominając na pierwszą chwilę o tym, co się stało, jednak nurtowało go, że dla Tao to wcale nie była kometa. Zamknął na chwilę oczy, kiedy nagle...
- AAA, pomocy!! - usłyszał i zdębiał.
Podniósł się na równe nogi, jeszcze szybciej niż usiadł, po czym zaczął wytężać swój sokoli, mocny wzrok, a przed nim pojawiła się dziwnie skacząca w jednym miejscu postura człowieka. Ej, chwila. Ona nie skakała, ten ktoś był sam na środku jeziora... i topił się. Poczuł nagle, jak zrobiło mu się gorąco, ale jego kończyny zupełnie odmówiły współpracy. Widział przerażonym wzrokiem, jak osoba znajdująca się na środku jeziora, niemalże już poleciała na samo dno wodnej toni, ale Tao w odpowiednim momencie odzyskał czucie w nogach i niczym waleczny lew (lub też puma, jak kto woli) zerwał z siebie jednym szarpnięciem koszulkę, wskakując do wody i płynąc w kierunku topiącej się osoby. Nie zajęło mu to w sumie jakoś długiego czasu, bo w dobre trzy minuty szybkim i zaciętym machaniem rękoma znalazł się przy topielcu. Zdążył zauważyć, że na pewno był to chłopak – jednak teraz jego wygląd nie był najważniejszy. Przerzucił go sobie przez ramię, opierając ciało chłopaka na plecach i dysząc ciężko wrócił na powierzchnię. Oczywiście lepiej byłoby mu, gdyby nieznajomy nie zemdlał, czy chociażby żył (bo nikt nie wiedział, czy on oddychał, czy nie), ale Tao poprzez treningi wushu, trochę wyrobił sobie te mięśnie. A o klacie to już mówić chyba nie trzeba. Ułożył bladego, z lekko sinymi ustami chłopaka na trawie, z początku chcąc go przywrócić go życia poprzez uciskanie klatki piersiowej, ale kiedy to nic nie dało, odgarnął dłonią zalegającą tęczową grzywkę (która wydała się Tao dość urocza swoją drogą) i wykonał po prostu pierwszą pomoc poprzez sztuczne oddychanie. Jednak w pewnym momencie, kiedy wargami Tao targnął słodki smak ust chłopaka, nie mógł się powstrzymać i lekko obrysował koniuszkiem języka jego dolną wargę, muskając ją przelotnie.
I to właśnie był chyba ten impuls, żeby ten chłopak o tęczowych włosach otworzył oczy z przerażeniem i zaczynając wymachiwać rękoma, przestraszony uciekł pod wielki dąb. Zaplątał dłonie dokoła kolan, patrząc się w oczy Tao z wielkim, nieodgadniętym szokiem. Zasłonił usta jedną z dłoni, przecierając je i wydukał łamiącym się głosem.
- D-d-dlaczego mnie pocałowałeś?!
Tao na to tylko uśmiechnął się do niego kokieteryjnie, szybko oblizując swoje usta językiem.
- Nie pocałowałem, chciałem cię tylko obudzić. Jak masz na imię, chłopcze?
Chłopak o tęczowych włosach tylko zamknął z zażenowania powieki, zasłaniając się pięściami.
- Sehun. - wymamrotał, odsłaniając twarz dopiero wtedy, kiedy nie czuł piekących, czerwonych plam na policzkach.
- Spadłeś z nieba? - no dobra, może i Tao zadał pytanie, jak z dupy wzięte, no ale przecież sam dobrze, co ten cały Sehun przed chwilą zrobił.
- A ty kim jesteś? - tęczowo-włosy chłopiec zupełnie zignorował pytanie Tao, odpowiadając na nie dopiero po dłuższym namyśle. - Ja chcę wrócić na EXO Planet. Chcę znaleźć Suho, Chanyeola, Kaia, Baekhyuna i Kyungsoo, nie chcę być tutaj sam.
Jasnowłosy uniósł brew w zaskoczeniu i im bliżej zaczął podchodzić na kolanach do Sehuna, tym bardziej ten ostatni wciskał się w korę drzewa, a jego ciało ze strachu zaczęło dygotać. Tao powoli wyciągnął w jego stronę rękę, przechylając w tym samym czasie lekko głowę w bok, by przypominać słodszego i powiedział, niemalże przepełnionym cukrem i ciepłem głosem.
- Mam na imię Tao, a ty Sehun, nie bój się. Nic ci nie zrobię. - wyciągnął w stronę chłopaka obie ręce, a ten tylko z niepewnym wzrokiem na twarzy przysunął się, od razu mocno wtulając w ciało jasnowłosego.
A, i wcale się nie zarumienił, kiedy był blisko z Tao, wcale nie czuł, jak waliło mu mocno serce, kiedy pod przemoczoną koszulką, poczuł te idealne mięśnie i wcale mu nie przeszkadzało, że przytulał chłopaka.
- Co to jest to EXO Planet? - dopytał ZiTao, klepiąc tęczowo-włosego po plecach.
Ten westchnął tylko ciężko i mruknął niczym kot cichym głosem.
- Mój dom. Chcę tam wrócić, ale... - i uciął.
A potem nie zrobił już nic.
Poczuł promieniujący ostry ból w okolicach głowy, a nagle na jego skroni pojawiła się wielka, krwista rana, cieknąca po boku jego policzka. Sehun zamknął oczy, opadając bezwładnie w ramiona Tao, który z niezłym mętlikiem w głowie przycisnął go do siebie.
- Sehun?! SEHUN!! - warknął Chińczyk, potrząsając lekko ciałem nagle zemdlonego.
Miał aktualnie w głowie dwa pytania: Co to było to całe EXO Planet, oraz dlaczego na skroni Sehuna nagle pojawiła się krew?
Dowie się tego pewnie dopiero wtedy, jak zajmie się Sehunem w domu, i jak on właściwie to się obudzi (no bo raczej od nieprzytomnego by się nic nie dowiedział. Haha, ale śmieszne). Niewiele myśląc więc złapał chłopaka na ręce i zagarniając swój plecak, pobiegł czym prędzej do domu.
Może i dziwne, że ot tak sobie tego chłopaczka do siebie zabrał, ale przecież nie mógł go zostawić samego, skoro nawet on nie jest „stąd”.
No tak. Mimo wszystko dalej jakoś nie chciało mu się wierzyć w te brednie o jakimś tam EXO Planet i o tym, że podobno na ziemię spadło więcej „aniołów”, skoro sam Sehun szukał tych swoich przyjaciół.
*
- Powiedziałem, że od piątku miałeś tydzień, żeby się z nami rozliczyć, a tu co? Osiem dni. OSIEM DNI!! Widzisz, dostałeś jeszcze jeden gratis, a ty co robisz?! - w parku dało się słyszeć, jakby ktoś właśnie się kłócił - Nie wywiązujesz się ze swojego postępowania, a my nie będziemy tego tolerować. Pamiętaj. Masz pięć dni. Pięć. A jak nie to kaput, kumasz?
Został mocno pchnięty na parkowy, niebiesko-czerwony, ceglany chodnik i z głośnym jękiem przyjął mocne kopnięcie w brzuch. Zwinął się z bólu, przyjmując w pewnym momencie postać kokonu, który tylko co chwilę drżał, poprzez czucie potwornego, piekącego uczucia w żołądku. Z jego ślicznych, brązowych oczu wyleciało kilka, delikatnych, jasnych łez, a wargi zacisnęły się z bólu.
Jęknął cicho.
Jak długo to jeszcze będzie trwać?
Uniósł rozgoryczone spojrzenie ku górze i znów przed jego oczami ukazał się ten sam obraz, który co i raz widywał teraz od dobrych siedmiu miesięcy. Znów te same okropne „twarze” (czemu cudzysłów? Bo nie widział on właśnie twarzy, tylko potworne, brudne, ciemne maski i czuł na odległość te śmierdzące oddechy), które wyśmiewały się z niego, szydząc, jak z ostatniego, skończonego błazna, bo to nie on zawinił, a jego świętej pamięci ojciec, a teraz to właśnie on musiał cierpieć.
Poczuł, jak został pociągnięty za włosy. Zamknął oczy z całej siły – wiedział, że zaraz ponownie skończy się to kolejnym, mocnym uderzeniem w twarz, czy inną część jego ciała, bo przyzwyczaił się do tego, że kiedy za każdym razem się z nimi spotykał, to obrywał. Westchnął cicho i głucho, już przygotowując się na uderzenie, kiedy nic takiego nie nastąpiło. Został jedynie odepchnięty w tył, a głośne, niskie pomruki wydały się z ust stojących nad nim postaci.
- Pamiętaj. Pięć dni. Jak tego nie załatwisz, to się rozliczymy inaczej.
A potem, jakby się rozpłynęły.
W pewnym momencie Minseok (bo tak biedny, poturbowany pan leżący na chodniku miał na imię) zupełnie nie wiedział, gdzie się znajduje. Myślał, że to może ten następny najgorszy koszmar, jaki przeżywał, ale jak dobrze wiedział w swojej podświadomości, była to rzeczywistość. Podparł się na obolałych dłoniach o chodnik, po czym lekko uniósł się na ławkę, siadając na niej. Czuł, jakby ktoś rozrywał mu jakimś dziwnym urządzeniem żebra, a ten nie mogąc wydać z siebie żadnego głosu jedynie wrzeszczał z bólu, szukając dla siebie ratunku w zupełnie innym miejscu niż powinien. Schował twarz w dłonie, czując napływające łzy do oczu, ale przecież nie mógł krzyczeć. Po pierwsze nie miał już na to siły, a po drugie nie znalazłby nikogo, kto mógłby mu pomóc. Nie dość, że był jedynakiem, więc o pomoc do starszego rodzeństwa zwrócić się nie mógł, to na dodatek żadne z jego rodziców już nie żyło. Matka – umarła na raka mózgu, kiedy Xiumin (lubiła go tak nazywać w dzieciństwie i tak już zostało) miał dwanaście lat. Ojciec natomiast, po tym jak przygniótł go jego pewien nałóg, kiedy załamał się po śmierci matki, zapił się na śmierć i umarł w pożarze jednego z budynków, w których często lubił uprawiać hazard. Myślał, że zostając hazardzistą (a do tego moi mili nielegalnym) uda mu się wygrać kilka groszy, by wyżywić swoją rodzinę, ale jak widać los obrócił się przeciw niemu. Umarł jeszcze szybciej, niż cokolwiek wygrał, a biedny Minseok w wieku piętnastu lat trafił do sierocińca. Dziadkowie nie mogli do wychować. Tych od strony ojca nie znał, a rodzice jego matki już dawno nie żyli.
Zostało mu jedynie borykanie się z losem seulskiego sieroty w jednym z sierocińców, który jakimś cudem po osiągnięciu wieku dziewiętnastu lat, czyli koreańskiej pełnoletności trafił do Chin. Jego opiekunka w sierocińcu była Chinką, więc po prostu pewnego dnia go tutaj zabrała, znając mroczną przeszłość jego ojca. Nikt w sumie nie wiedział dlaczego kobieta mu pomogła, a jak wiadomo podróże do Chin do najtańszych nie należą, a jednak! Nawet udało mu się wraz z siłami pani Wang załatwić mu jakąś mniejszą i tańszą kawalerkę. A może po prostu zrobiło się jej go zwyczajnie szkoda, i tego, co chłopak przeszedł przez swojego ojca, który nie dość, że nie zostawił mu żadnych pieniędzy na życie, to jeszcze sam zrobił sobie z życia bagno. No, ale wracając do pani Wang. Xiumin wiedział, że będzie miał u niej niezły dług do spłacenia i do dzisiaj, czyli tej jednej z wiosennych sobót, dalej nie wiedział, jak miał się jej za to odwdzięczyć.
A skoro już o długach mowa...
Wytarł szybko swoim przydługim rękawem ciemnej marynarki oczy, by nikt nie zobaczył tych jego małych łez bólu na twarzy, po czym ociężałym ruchem wstał z miejsca, krzywym krokiem idąc zupełnie w nieznanym sobie kierunku przez park. Wymijał ludzi, zupełnie zaszywając się w swoim zamkniętym na wszystko świecie, w którym tak naprawdę zawsze i tak wołał o pomoc, ale nikt go nie słyszał. Zatrzymał się dopiero, kiedy udało mu się pozbyć tych natrętnych spojrzeń większości z przechodniów i trafić na wyludnioną część parku, gdzie w większości ludziom już nie chciało się chodzić. Westchnął ciężko, uderzając lekko pięściami w swoje pulchne policzki i ułożył się od razu bez żadnego pohamowania pod jednym z rozłożystych drzew. Musiał odpocząć. Musiało przestać go boleć żebro i cały brzuch. Zamknął oczy, zakładając słuchawki na uszy i kompletnie odpłynął. Słuchał jakiegoś badziewnego radia, w którym nawet piosenki jakoś specjalnie fajne nie były.
Przełączył na drugą stację, a tam właśnie leciały wiadomości.
- „W Pekinie zaczęły dziać się dziwne rzeczy, na niebie w wielu miejscach pojawiła się wielka smuga światła, która zniknęła po kilku minutach sprawiając wrażenie, jakby spadała w dół. Prosimy nie panikować, mogła być to jedynie kometa, chociaż i to nie jest potwierdzone. Wszystkich naprawdę prosimy o zachowanie spokoju, sytuacja zostanie w najbliższym czasie opanowana, takie światło to nie jest koniec świata."
- Brednie. - mruknął pod nosem, prychając cicho.
To na pewno musiała być kometa, bo raczej nic innego, jarzącego się jakimś wielkim światłem nie mogło ot tak sobie spaść z nieba. W ogóle, on jakoś nawet nie wierzył, że była to kometa, a co dopiero może jeszcze jakiś człowiek. Ludzie to nie anioły, a poza tym anioły nie istnieją, więc Minseok jedyne co miał teraz w głowie, to stwierdzenie, że głupie media znów pierdoliły jakieś niestworzone rzeczy i tylko straszyły ludzi.
Dlatego już dawno przestał się nimi przejmować, bardziej patrząc na to, co działo się dokoła samej jego osoby, niż świata, bo i tak, jak zwykle okazywało się to być w oczach mediów niezłą pierdołą. W wiadomościach powiedzieli jedno, a tak naprawdę rzeczywistość bardzo często okazywała się być inna – no i proszę, to tylko niepotrzebne szarpanie sobie nerwów.
Nagle z jego rozmyślań jednak wyrwał go cichy szelest na drzewie, pod którego koroną właśnie leżał. W pierwszej chwili wydawało mu się, że była to wiewiórka, jednak tak głośnych szelestów, to ona raczej nie robią. Odchylił mocno głowę w tył, nie podnosząc się jednak, po czym zaczął doszukiwać się wzrokiem sprawcy tego szelestu. Liście coraz bardziej zaczęły szeleścić i poruszać w coraz szybszym tempie, kiedy nagle po prostu coś spomiędzy nich wypadło, lądując prosto na miednicy Minseoka. I wcale to coś nie było wiewiórką, a za to ważyło podajże pięćdziesiąt razy więcej niż taki mini zwierzaczek. Xiumin jęknął cicho, czując, jak jego żebra zaczęły grać marsz pogrzebowy i nie odpoczęły po ostatnim uderzeniu w środek brzucha, a kiedy podniósł rękę, żeby zrzucić z siebie ten ciężar, poczuł pod nią przelewające się mu między palcami włosy.
Szybkim ruchem dłoni, niemal zwalił z siebie dziwnego osobnika, zrzucając jego ciało prosto na trawę. Sam patrzył na niego z wielkimi oczami, cały czas krzywiąc się z bólu. Poprawił się do siadu i rozdziawił szeroko usta, widząc przed sobą, patrzącego się na niego anielskim wzrokiem chłopaka, w którego wielkich, ślicznych oczach można było utonąć. To nieważne, że ich brąz ukryty był pod pedalskimi kreskami eye-linera, one nawet do niego pasowały. Jego włosy były ciemne, niemalże podchodzące pod kolor kasztanu, a do tego tak ładnie ułożone w nieładzie, z kilkoma listkami z tego wielkiego dębu między małymi loczkami, że Xiumin w pierwszym momencie się zapatrzył.
Zaraz jednak potrząsnął mocno głową, spoglądając na chłopaka siedzącego już przed nim w dość dziwnym rozkroku. Jak widać, kiedy Xiumin się nim w myślach zachwycał, on zdążył już z niego zejść. Miał przymrużone oczy, tak jakby zupełnie nie wiedział, co się z nim właśnie działo, ale na jego mlecznej twarzy widniał lekki, może nieco zawstydzony uśmiech.
- Kim jesteś? - spytał cicho Xiumin, pochylając głowę bardziej w stronę chłopaka.
- Sehun-ah! Cholera jasna, co ja tu robię?! Chcę wrócić na EXO Planet, matko jedyna!! - zamiast odpowiedzi otrzymał jedynie głośny wrzask z ust chłopaka, który zaczął zarzucać rękoma.
Minseok miał wrażenie, jakby właśnie wybudził swoimi słowami chłopaka z dziwnego transu, a ten tylko zaczynając krzyczeć, sprawiał wrażenie, że chyba oszalał. Przez pierwszą chwilę Xiu jakoś bardzo nie chciał go o nic pytać, może po prostu ten chłopak był chory psychicznie, jednak kiedy zauważył, że skulił się w kłębek i usłyszał z jego ust cichy szloch, jakoś tam zrobiło mu się przykro i poczuł wyrzuty sumienia, że ten chłopaczek płakał właśnie przez niego.
Zbliżył się do niego powoli, już jakoś zapominając o tym, że wcześniej bolały go żebra i ułożył mu ręce na ramieniu.
- Przepraszam. Masz na imię Sehun? - dopytał chłopaka, na co ten tylko pokręcił głową i zaniósł się od płaczu, szlochając.
- Sehun to mój przyjaciel, z którym mnie rozdzielili, ja jestem Baekhyun i... i... - obcy chłopak krzyknął nagle głośno, mocno szarpiąc Xiumina za koszulkę.
Minseok dalej miał wrażenie, że to wszystko była jego wina, a na dodatek bardziej zrobiło mu się przykro, kiedy Baekhyun zaczął wylewać łzy w jego koszulkę i marynarkę. Nie lubił, kiedy ktoś przy nim płakał; nie lubił, kiedy ktoś płakał przez niego. Złapał mocno Baekhyuna za ramiona i odchylił nieco, uśmiechając się do niego.
- Przepraszam. Jeżeli chcesz, to pomogę ci odnaleźć tego całego Sehuna. Pewnie był dla ciebie ważny.... Może brat?
Baekhyun pokręcił głową.
- Przyjaciel. Ważny przyjaciel. - Xiumin uniósł nieco brew; chyba 'ważny' mógł zrozumieć dwuznacznie. - Ale było ich więcej. - dopowiedział, a w tym samym czasie Koreańczyk pomógł mu wstać.
- Więcej? - uniósł brew, zaskoczony, że Baekhyun miał ich więcej.
No wiadomo, każdy ma jakieś dziwne fetysze, ale posiadanie kilku kochanków naraz, czy coś w tym stylu, było dość niecodzienne. No dobra Xiu, chyba trochę się zagalopowałeś.
Brązowowłosy chłopak pokiwał głową, wycierając w dłoń swoje łzy i spojrzał z nadzieją w stronę Minseoka, tak, jakby to właśnie jego chciał poprosić, by pomógł mu odnaleźć resztę swoich przyjaciół i coś, co obiło mu się w uszach, jako EXO Planet.
Xiumin westchnął ciężko i wstał, łapiąc Baekhyuna za białą koszulkę, po czym szybkim ruchem podniósł go do pionu i oparł go plecami o drzewo pod którym leżał wcześniej.
- Dobra, słuchaj. Nie wiem, czego ode mnie chcesz, ale wydajesz mi się niesamowicie dziwny. Pomyślałem sobie jednak, że nie mogę cię tak tutaj zostawić, bo zgubisz się w wielkim, chińskim świecie. - powiedział poważnie, nie mogąc jednak oderwać wzroku od tych pięknych, brązowych oczu chłopaka.
Coś w nich było. Tylko jeszcze nie wiedział co.
- A pomożesz mi odnaleźć moich przyjaciół? - odparł mu Baekhyun, nie spoglądając w oczy chłopaka, tylko opuścił głowę i starał się powstrzymać swoje łzy, wciąż smętnie kapiące po jego policzkach.
Xiumin uśmiechnął się do niego delikatnie i odsunął o kilka kroków, po czym, kiedy brązowowłosy uniósł głowę, ten swoją pokiwał, na znak, że się zgadza.
Co z tego, że miał swoje problemy, z którymi, jeżeli się nie upora, to nieźle mu się dostanie, zawsze miał zbyt miękkie serce, kiedy widział, jak ktoś płakał przez niego. Poza tym, cały czas wydawało mu się, że Baekhyun był cholernie zagubiony w tym wszystkim. A na dodatek, to, że spadł na niego z drzewa, już mówiło samo za siebie.
Wyciągnął w jego stronę rękę, chcąc, by chłopak zaraz powędrował za nim i posłał mu jak na siebie, pełne uprzejmości spojrzenie. Baekhyun popatrzył na niego przez chwilę dość nieśmiało, jednak zaraz niemal w podskokach ruszył za nim, uśmiechając się lekko, że ktoś mimo wszystko zechciał mu pomóc.
- Wydajesz mi się okropnie dziecinny, ale stwierdziłem, że nie mogę cię tak zostawić, skoro masz problem. Moja opiekunka uczyła mnie, że ludzi w potrzebie się nie zostawia, bo potem dobro jakie ja zrobię, na spokojnie do mnie wróci. - powiedział Xiumin i zamyślił się na chwilę – Jednak co do mnie, to raczej nic dobrego już mnie raczej nie spotka.
- Sam jesteś dziecinny, Xiu... Xiu.... - oburzył się nieco wyższy od Koreańczyka chłopak i zakrył sobie usta ręką, widząc, że robi z siebie głupka.
- Xiumin – dopowiedział za nim Minseok, śmiejąc się cicho. - A ty masz więcej nie płakać.
- Zamknij się! Masz mi po prostu pomóc odnaleźć Sehuna...
Xiu wywrócił oczami, spoglądając przed siebie w lekkim zamyśleniu. Szedł spokojnym krokiem chodnikiem, co i raz zerkając na kamienną, naprawdę spokojną twarz jego kolegi, Przez myśl przeszło mu kilka spraw: Jak sobie poradzi ze swoimi problemami, skoro ma tylko pięć dni, co w ogóle może niby zrobić z tym wszystkim i najważniejsze:
- Baekhyun... powiesz mi... co to jest to EXO Planet? - musiał się trochę dowiedzieć o tym dziwnym chłopaku.
Brązowowłosy przystanął w pół kroku, obracając się w stronę Xiu z lekkim smutkiem wymalowanym na twarzy, po czym zagryzł wargę i jedynie powiedział, bardzo cichym głosem.
- Mój dom. Dom, do którego nie mogę wrócić, bo trafiłem tutaj...
No dobra, to było dziwne. W pierwszej chwili skojarzyło mu się to z jakąś chińską dzielnicą, ale jednak szybko wyrzucił sobie ten pomysł z głowy, bowiem nic takiego o nazwie 'exo planet' nie znajdowało się w Chinach.
- Jak tu trafiłeś? - dopytał starszy, przechylając lekko głowę.
- Nie wiem. Spadłem z nieba, wleciałem na drzewo, a potem wylądowałem na tobie.
No dobra.... uwierzyłby we wszystko, ale na pewno nie w spadanie z nieba.
A może... o żesz kurwa jego mać! Te media po raz pierwszy miały rację!
- Spadłeś z nieba?! - zadając to pytanie Minseok zaczął coraz bardziej kojarzyć wszystkie fakty – I pewnie byłeś cały ze złota?
Baekhyun spojrzał na niego, jak na głupka mimo wszystko kiwając lekko głową w geście, że się zgadza, a starszemu w pewnym momencie niemalże gały wyszły na wierzch.
No to się chyba wpakował w jeszcze większe bagno, niż był.
Ale przecież nie mógł go teraz tak po prostu zostawić.
- A co się stało? - Baekhyun uniósł brew, nie bardzo rozumiejąc, co Xiu miał na myśli.
- Nic, nic. Chodź lepiej poszukać tych twoich przyjaciół.
Xiumin... chyba możesz już kopać sobie grób.

Nie z tego świata - Drugi.

7 komentarzy:


Tytuł: Nie z tego świata
Typ: Seria. [Rozdział 2]
Gatunek: AU
Paringi: OT12 [LaySoo, LuKai]
Ostrzeżenia: Przekleństwa, lekkie shounen-ai. 
Długość: 5152 słów 
Notka autorska: Cześć wszystkim! Na początku powiem Wam jedno: Dziękuję za te piękne siedem komentarzy pod ostatnim postem! <3 Jesteście cudowne! Mam nadzieję, że z każdą notką będzie komentarzy coraz więcej. :3
Cieszę się niezmiernie, że podoba się Wam ta wieloczęściówka, jestem taka dumna, że mi coś wychodzi. *^*. Teraz są wakacje, więc pewnie będę publikowała częściej o ile uda mi się wszystko codziennie spisywać. Weny mam multum, pomysłów na to opowiadanie także, więc możecie spodziewać się spamu tą serią. Macie już KrisYeol oraz SuChen, więc teraz kolejne, inne paringi.
Endżoj moje kochane i komentujcie tak pięknie, jak zawsze. <3
Krisus Was kocha całym swoim, wielgachnym serduszkiem. :*




Nudny, trwający już dobre dwadzieścia pięć minut program kulinarny był jedyną, przyzwoitą rzeczą, jaką Yixing mógł zająć sobie czas, w oczekiwaniu na otwarcie sklepu. Zapomniał on bowiem o tym, że najbliższy spożywczak otwierają dopiero punktualnie o godzinie jedenastej, a jego elektroniczny zegarek stojący na brązowej, drewnianej szafeczce tuż nad kuchenką, wskazywał dopiero dziesiątą czterdzieści. Chłopak żałował strasznie, że nie zrobił zakupów wczoraj, kiedy wszystkie sklepy czynne były od samego rana, czasem trwając w otwarciu przez całe dwadzieścia cztery godziny.
Westchnął ciężko. No tak, przez to swoje roztargnienie i częsty nawyk straty poczucia czasu, zapominał o wielu rzeczach. Jednak nie miał co płakać nad rozlanym mlekiem, zawsze można zrobić wszystko inne następnego dnia! I właśnie to postawił sobie dzisiaj za swój cel. Że w końcu pójdzie do tego cholernego sklepu (a przy tym nie zapomni zabrać swojego tyłka z domu) i kupi to, co było mu potrzebne nie dość, że do zrobienia obiadu, to i na kolejne, nadchodzące dni.
Uśmiechnął się lekko i kiedy podniósł się z kanapy, ruszył powolnym krokiem w stronę sklepu.
Jak to w sobotę dość wczesną godziną, chińskie, ulice, uliczki i wszelkie dzielnice były nieźle zatłoczone. Jednak dla Xinga nie stanowiło to jakoś żadnego problemu; idealnie wtopił się w tłum, zamykając w swoim szarym nudnym świecie amatorskiego kucharza, który z domu wychodził tylko wtedy, kiedy musiał, albo naprawdę miał do załatwienia sprawę godną życia i śmierci. Mówiąc jednak najogólniej, nie wychodził prawie nigdy, bowiem jego życie było nudne i szare, a co najlepsze nic nie zapowiadało się na to, żeby coś mogło się w nim kiedykolwiek zmienić.
Uniósł lekko głowę, narzucając na ramiona swoją szarą, dresową bluzę i na chwilę zamknął oczy. Próbował wyłączyć się chociaż na chwilę z tego głupiego świata, który wcale a wcale mu się nie podobał. Bo co jest fajnego w ciągłym siedzeniu w śmierdzącym, zapyziałym i ciągle niepotrafiącym znaleźć swojego prawdziwego, odpowiedniego miejsca świecie, w którym ludzie byli niczym stado wrednych, łakomych na pieniądze i sławę wilków? Nic. Po prostu nic.
Yixing wiedział, że wszystko dokoła niego było jednym, wielkim bagnem, ale starał się tym nie przejmować i żyć, tak, by chociaż sam z siebie był zadowolony, a nie po to, by przypodobać się innym ludziom, którzy i tak za miesiąc albo dwa wypięliby się do niego tyłkami, ze słodkim „spierdalaj” na ustach. Tak było zawsze, dlatego Lay (jak niegdyś został nazwany w szkole przez swoich znajomych i zostało mu to do dzisiaj) przestał się przejmować czymkolwiek i po prostu stał się typowym samotnikiem, dla którego rozmowa z kimkolwiek była udręczeniem, a wychodzenie na imprezy, czy gdziekolwiek indziej do miejsc pełnych ludzi zwykłą, niepotrzebną drobnostką.
Mówiąc najprościej: nienawidził ludzi, i z chęcią zamknąłby się sam w swoich czterech ścianach, by nie mieć z nimi nic do czynienia.
Jednak niestety wiedział, że z czasem będzie musiał wychylić nos zza drzwi i po prostu wyjść.
Chociażby na te pięć minut.
Nawet jego matka wyrzuciła go z domu, kiedy miał piętnaście lat, bo już wtedy zaczął kojarzyć pierwsze fakty, jacy ludzie w jego oczach byli naprawdę. Jednak co tu się dziwić, skoro kochana mamusia Yixinga po śmierci jego ojca znalazła sobie nowego lowelasa i za każdym możliwym razem sprowadzała go do domu, dając mu dupy za to, by udawał on ojca chłopaka. Lay nie raz przyłapał ich na przygodnym seksie, jak nie w łazience, to w kuchni, czy chociażby w nocy w łóżku (ha, bo jak się okazało, kochany ojczymek sypiał sobie w jego domu, no proszę, proszę!) i za każdym razem robił im o to awanturę. Bez krzyku i kilku siarczystych policzków się nie obeszło, ale to mało ważne. Yixing umiał to przetrzymać, bo był bardzo dzielny. Szkoda tylko, że tak szybko stracił dzieciństwo i wiarę w dobro ludzkie. Ale skoro w młodości nie mógł go doświadczyć, to co się dziwić? Ważniejsze jednak było bardziej to, co stało się z chłopakiem później.
Kiedy tylko mamusia od siedmiu boleści wyrzuciła go pewnego dnia z domu, zostawiając pod nogami jedynie walizkę z najpotrzebniejszymi mu rzeczami, Lay nie mając co ze sobą zrobić udał się do swojej babci od strony ojca, u której zamieszkał. Widział się z nią może dwa czy trzy razy odkąd się urodził, bowiem MeiMei (ach ta kochana mama!) nigdy nie pozwalała mu się z nią widywać, jednak chłopak był na tyle mądry, że idealnie zapamiętał drogę do domu staruszki. Oczywiście babcia, żywiąc do kobiety skrytą nienawiść od razu przyjęła Lay z otwartymi ramionami pod swój dach. Załatwiła dalszy rozwój pod względem nauki, wyprowadziła na należytą drogę w życiu, a nawet nauczyła go gotować, bowiem dobrze wiedziała, że kiedyś będzie on musiał nauczyć się żyć bez niej.
Mówiła:
Musisz wiedzieć kochanie, że ludzie to istoty dobitnie wredne i zakłamane. Nie możesz nikomu wierzyć, a żeby to zrobić, potrzebujesz najpierw dobrze poznać osobę, z którą się zadajesz. Nie wolno ci oceniać ich po wyglądzie, czy tym, jak się zachowują. Pierwsze wrażenie często bywa mylne, więc poznaj ich najpierw, a później przyklej na czoło karteczkę z napisem „wart przyjaźni” lub „kompletny palant”.
Na twarzy Yixinga pojawił się lekki zalążek uśmiechu, kiedy tylko pomyślał o swojej babci (bo powiedzmy sobie szczerze, że była ona jedyną osobą, jakiej Lay potrafił zaufać, ale odkąd umarła i musiał on sobie radzić sam, trochę czuł się tym wszystkim, co działo się dokoła niego przytłoczony) i w czas potem skręcił w główną alejkę, w której zaczynały się wszelkie sklepy, żeby zrobić zakupy. Już miał wejść do pierwszego spożywczaka z brzegu kiedy, po chwili stanął w półkroku jak wryty, czując, że chyba zaraz wybuchnie. Właśnie sobie coś uświadomił. Do jego mózgu poprzez komórki nerwowe dotarł fakt, że zapomniał zamknąć własnego domu! Poczuł, jak woda w jego ciele ze złości niemal zaczęła wrzeć, a w nogach dostał tyle siły, że mógłby skakać po czubkach wysokich gór i do tego jeszcze nie dość, że nie spaść, to i się nie zmęczyć. A co jeżeli się okaże, że jakiś oprych wpadnie mu do mieszkania, ukradnie wszystko i jeszcze zrobi z niego typową melinę, czy jak kto woli – burdel?!
A to wszystko wina tego jego cholernego zabiegania i powolnego kojarzenia wszelkich faktów. Chyba kiedyś przez to strzeli sobie kulkę w łeb. Bogu i tak nie będzie smutno na wieść o jego śmierci, bowiem Lay nie wierzył w Niego, odkąd jego życie tak diametralnie się zmieniło, bo po co miał niby to robić? Gdyby Bóg naprawdę istniał, dałby mu trochę tego szczęścia, albo chociaż poczucia, że ludziom naprawdę można ufać. A jak nic się nie zmieniło od tych sześciu lat, to po co?
Westchnął, kręcąc głową z lekkim przekąsem i szybko pobiegł w stronę drogi powrotnej do swojego domu. Musiał się trochę naczekać na przejściu dla pieszych, bo to cholerne czerwone światło, jak na złość nie chciało się zmienić, a do tego jeszcze na chodniku utworzyła się taka gromada ludzi, że Yixing musiał się przez nią przepychać, bo inaczej w życiu by się nie dostał do domu prędzej niż w to pięć minut.
Oparł zmęczony rękę na klamce od drzwi, złapał mocny wdech i wpadł do mieszkania niczym burza, a widząc, to co nagle znalazło się przed jego oczami, o mało co nie przewrócił się o leżący
pod jego nogami, czerwony dywan z naszytym, wielkim smokiem.
Przy jego kuchni stał nieco niższy od niego chłopak z brązową czupryną, która nie dość, że była niechlujnie ułożona, to jeszcze ten ktoś przewiązał sobie na czole chustkę, przez co wydał się dla Yixinga jeszcze bardziej dziwny niż w rzeczywistości był. A do tego te oczy... Może i Lay nie widział ich dokładnie tak z daleka, no ale jednak osoba przed nim posiadała niezły wytrzeszcz.
Skrzywił się lekko, zakładając ręce na biodrach i spojrzał zawistnym wzrokiem w stronę chłopaka, który w najlepsze stał sobie przy jego kuchni, i jak gdyby nigdy nic, coś gotował. Widział, jak trzymał w ręku łyżkę i mieszał coś w wielkim garnku, który stał na palniku. Przez to aż rozdziawił swoje usta w szoku; no dobra, zrozumiałby wszystko, że ten włamywacz chciał zabrać jego pieniądze, biżuterię, jaką Lay dostał po babci, telewizor, laptop, no ale do cholery ciężkiej, nie to, ze on po prostu stał sobie i JEGO kuchni i gotował. Tylko ciekaw był, co on tam wynalazł, skoro Yixing miał prawie pustą lodówkę?!
Ale chwila...
Czemu on w ogóle o tym myślał?
- Kim ty jesteś do jasnej anielki?! - spytał przytłumionym ze złości głosem i zmrużył oczy.
Obcy chłopak zerknął na niego kątem oka, ale z jego twarzy nie zniknął ten leciutki uśmiech, przez który Lay miał wrażenie, że popadnie zaraz w jakąś głupią depresję. Wsuniętą do garnka łyżką, lekko pomieszał zawartość, znajdującą się w środku i potem od razu zbliżył się do Yixinga, a ten tylko spojrzał na niego i wyciągniętą w swoją stronę rękę z niesmakiem i dziwną odrazą.
- Cześć, mam na imię Kyungsoo i pewnie teraz zastanawiasz się, jak się tutaj znalazłem, prawda?
Lay spojrzał na niego z jeszcze większymi oczami, niż te posiadał sam chłopak. O mało co z wrażenia nie upadłby na dywan, no ale jeszcze aż taką niezdarą to chyba nie był.
- Jakbyś mi kurwa czytał w myślach... - mruknął pod nosem, wbijając w niego pełen irytacji, ale również ciekawski wzrok.
Dziwił się, ale nie wyczuwał od niego jakiejś specjalnie złowrogiej aury, no ale jak mówiła babcia, lepiej uważać na ludzi. Przechylił ze znużeniem głowę, patrząc na Kyungsoo, tak przeszywająco morderczym wzrokiem, że nawet nie uścisnął jego dłoni. Obszedł tylko chłopaka dokoła, przyglądając mu dokładnie, po czym usiadł na kanapie z założoną nogą na drugą.
Kyngsoo zaś uśmiechnął się delikatnie i posłał Lay pełne uprzejmości spojrzenie.
- Wiesz... Nie lubię nikomu wpakowywać się do domu tak bez zapowiedzi, ale tak się składa, że spadłem z nieba pod twoje drzwi, i że nie miałem dokąd pójść, to pomyślałem, że może ruszę za klamkę i bum! Drzwi mi się otworzyły! Ale... Ciebie nie było, to potem pomyślałem sobie, że może poczekam i tak proszę, jesteś! - a temu drugiemu szczęka opadła na dół.
- Czy ty sobie ze mnie żartujesz?! - warknął, unosząc głos i już miał zadzwonić po policję, żeby mu tego kogoś z domu wyrzucili, ale stwierdził, że raczej to i tak by mu nic nie dało, a poza tym, ten gość naprawdę nie wydawał się jakoś specjalnie groźny.
Tylko wkurwiało go, że był tak bardzo spokojny.
- Nie, jestem całkowicie poważny, dobra, mogłem nie mówić, że spadłem z nieba, ale wiesz... Masz całkiem ładny dom, taki przytulny i w ogóle, normalnie czuję się tutaj tak, jak na EXO Planet – twój dom bowiem wydaje mi się być tak bardzo moim. - Kyungsoo od razu zmienił temat, przez co Yixing aż otworzył szeroko usta.
Jakie kurwa EXO Planet?!
- Yixing, lubisz gotować? - zagadnął go Kyungsoo, a ten o mało co z szoku nie ześliznął się z kanapy.
- Skąd ty znasz moje imię?!
- Na jakimś ekranie miałeś napisane swoje dane, kiedy grzebałem w tym dziwnym urządzeniu, które stoi o tam... - i w tym momencie D.O wskazał swoim smukłym palcem na laptopa chłopaka, który włączony stał sobie w spokoju na dużym, brązowym stoliku. -...więc tak cię...
- Grzebałeś w moim laptopie?! - warknął jeszcze głośniej niż wcześniej Lay przerywając mu, i prawie, że przewracając się o własne nogi, kiedy podbiegał pędem do włączonego urządzenia.
I znów to samo!
Znów zapomniał o najważniejszych rzeczach, takich jak na przykład wyłączenie laptopa.
Westchnął ciężko, patrząc się wciąż nieprzychylnie na uśmiechającego się wesoło, ale dość dziwnie chłopaka. Dziwnie, bowiem jego usta były dość krzywe, ale Lay nie zwracał na to jakoś uwagi.
Bardziej zastanawiało go to, co gorszego mu się dzisiaj przytrafi.
- Tak, lubię... To moje ulubione zajęcie. - mruknął, odpowiadając w końcu na poprzednie pytanie chłopaka.
- To w takim razie spróbuj.
- Co?!
Widząc, jak Kyungsoo właśnie wyłączył garnek na kuchni i podszedł do niego z wielką chochlą, w której była jakaś niezidentyfikowana substancja (aczkolwiek pachnąca dość fajnie), spojrzał na niego, jak na jakiegoś błazna, ale mimo wszystko spróbował tego, co dał mu chłopak i musiał przyznać, że było to całkiem dobre.
- Jak to zrobiłeś tak szybko?
D.O uśmiechnął się lekko.
- Poszperałem trochę w twoich szafkach i udało mi się znaleźć coś, co chyba nadawało się do zjedzenia, więc pomyślałem sobie, że może to ugotuję. Wiesz... mam taki fetysz. Strasznie lubię gotować!
- A wiesz, ile mnie to obchodzi? - mruknął mu cicho Lay, patrząc na nowo na zegarek, po czym złapał się za głowę. - Kurwa, przez ciebie musiałem wracać się do domu, a miałem pójść do sklepu po coś do jedzenia! Jak widzę, raczej się teraz ode mnie nie odczepisz, to może z łaski swojej poszedłbyś ze mną na zakupy, bo nie będziesz miał z czego gotować?
Widząc ponownie uśmiechającego się w jego stronę chłopaka, Chińczyk tylko westchnął ciężko i pociągnął go za rękaw wyprowadzając z domu. I tym razem już nie zapomniał zamknąć mieszkania na klucz. Cały czas cholernie wkurwiał go ten dziwny uśmiech tego chłopaka, ale co miał zrobić? Opuścił głowę, kopiąc butem jakiś mały kamyk i zagryzł wargę.
Boże, który nie istniejesz, czemu zsyłasz na niego takich debili?!
Westchnął z bezradnością w głosie i zerknął przed siebie. Zapowiadał się chyba długi dzień. Długi i nudny.
- Ej, Yixing. Widziałem, że na tym urządzeniu wyświetlił mi się napis konkurs gotowania. Powiesz mi, o co chodzi? To twoje? Co chcesz z tym zrobić?
Lay zerknął kątem oka na pogrążonego w zadawaniu mu pytań D.O, po czym wzruszył ramionami i pociągnął go mocniej za rękaw.
- Później ci powiem, teraz proszę, zamknij dziób.
Wkurwiał go, ale chyba w końcu znalazł kogoś o podobnych zainteresowaniach.
Świętej pamięci babciu, chroń go, bo jeżeli ten cały Kyungsoo okaże się być zupełnie inny niż jest, to Lay chyba dostanie szału. Miał nie oceniać ludzi za pierwszym poznaniem, ale co do tego chłopaka, opinia aż się prosiła, żeby ją wystawić, i chyba była całkowicie pozytywna.
*
Ostatni z jego klientów właśnie opuścił lokal, więc Luhan zmęczony niemalże rzucił się na kanapę, rozwalając się na niej, jakby był w swoim domu, po czym odetchnął głęboko i ciężko. Przetarł dłonią zmęczone czoło, odgarniając klejącą się niesfornie do niego grzywkę i spojrzał w górę wzrokiem pełnym zatroskania i bezsilności. Jednak uśmiechnął się lekko. Lubił bowiem w czasie wolnym między studiami dorabiać sobie na życie w jednej z kawiarenek jako kelner, jednak była jedna rzecz, jaka z czasem zaczęła doprowadzać go do białej gorączki.
Był ogólnie bardzo uroczym chłopcem. Z wyglądu może przypominał nieco zniewieściałego, jednak miał nieco inny charakter. Ale my tu na razie o jego wyglądzie. Miał śliczne, jasne, podchodzące pod kolor cytryny włosy, które idealnie pasowały do jasnej, dziewczęcej cery i wielkich, brązowych oczu, właśnie dlatego z twarzy mógł się wydawać zupełnie kimś innym. A na dodatek jeszcze jego ciało mówiło sam za siebie. Był strasznie chudy, przez co koledzy z kawiarni mówili, że wyglądał na anorektyka, jednak jakoś specjalnych problemów ze zdrowiem nie miał, a jego jędrne pośladki idealnie pasowały do opinających nogi, ciemnych spodni. Wysoki, chudy, ładny, normalnie ideał. No ale, niestety to diabeł wcielony!
Jednak wracając do Luhana i jego pracy w knajpie, bo o charakterze kiedy indziej.
Do kawiarenki przychodziło mnóstwo różnych ludzi, jednak bardzo często okazali się nimi być mężczyźni po trzydziestym, czy czterdziestym roku życia. Jak wiadomo, klient – nasz pan, jednak dla Luhana praca z takimi była okropnie męcząca. Dawała mu się we znaki szczególnie dlatego, że większość z tych staruchów interesowała się takimi ślicznymi, młodymi chłopaczkami i to pod każdym względem – nie tylko cudnej buźki, ale i ładniutkiego ciałka.
W pierwszych dniach swojej pracy tutaj może czuł się nieco niezręcznie, kiedy podchodził, by przyjąć zamówienie, i dziwnym trafem poczuł jakąś łapę na swoim tyłku, czy innej partii ciała, jednak z biegiem czasu zaczęło go to po prostu wkurzać.
Raz czy drugi odpyskował, ukazując na twarzy nie anielski uśmiech, a wredny wzrok zapyziałej, oziębłej suki. Mimo że szef tej kawiarenki kazał mu być dla klientów miły, to jednak Luhan nie potrafił, bowiem wszystko miało swoje granice, a on za dziwkę uważany być nie chciał.
Wywrócił oczami na samą myśl o tym i kątem oka zauważył, jak przysiadł się do niego jego kolega po fachu Jongki – Koreańczyk zatrudniony tu z zachcianki szefa, bo był synkiem jego przyjaciela z dzieciństwa. A to już samo na to wskazywało, że takich większość nie lubiła i Luhan był jedną z tych osób. Po prostu ten cały Jongki nieźle grał mu na nerwach, ale starał się powstrzymać od pyskowania chociaż w jego stronę, bo wiedział, że na pewno wyleciałby za to. A jakoś nie widziało mu się, żeby nie mieć na utrzymanie, bo jak wiadomo nawet w Chinach życie studenta jest bardzo biedne i polegające na jedzeniu jedynie zupek chińskich. Paradoks, co?
- Co Luhan-hyung, koniec na dzisiaj? - zagadnął go wesołym głosem, opierając dłonie na jego ramieniu i patrząc radosnym spojrzeniem na starszego od siebie o trzy lata chłopaka. - Nie jesteś zmęczony? A może mam ci w czymś jeszcze pomóc?
Lu popatrzył na niego w pierwszej chwili dość obojętnie, ale z całej siły starał się powstrzymać od tego, by mu tej słodkiej buźki nie obić przy pomocy swoich cudnych pięści. No i jeszcze to 'hyung' na końcu... Jak on nienawidził, jak ktoś gadał do niego po koreańsku!
Wymusił na twarzy uroczy uśmiech i pokręcił głową.
- Już skończyłem. Teraz mam chwilę wolnego, chyba zrobię sobie drzemkę. Ostatnio dużo się uczyłem, wiesz... Kolokwia, bla bla, zaliczanie, nadmiar nauki mnie przygniótł...
- Rozumiem cię, hyung. Ale wiesz, jeżeli masz problem, mogę cię zawsze zastąpić, od czego się ma znajomych z pracy~ - zaśmiał się Jongki i oparł na kanapie plecami.
- No tak, i może jeszcze zagarnąć sobie przy tym moje wynagrodzenie, co? - mruknął w myślach Luhan, przeszywając młodszego spojrzeniem niemal na wskroś.
Nie to, żeby coś do niego miał, w końcu specjalnej krzywdy mu nie zrobił, po prostu uważał, że Jongki nie powinien mieć wszystkiego ot tak sobie. Że tylko pstryknie palcami i proszę, pieniążki, robota, a nawet studia w najlepszych uczelniach się załatwi! Bo co? Bo ma bogatych, kąpiących się w mamonie rodziców, co rozpieszczają swojego synalka?
Pokręcił głową, ale z jego rozmyślań wyrwał go dźwięk dzwonka oraz otwieranych drzwi kawiarni. Teraz ludzi nie było tutaj w ogóle, więc panowała dokoła niemalże grobowa cisza. Luhan westchnął i zerknął kątem oka na osobę, która właśnie pojawiła się w środku i skrzywił, bowiem po raz kolejny okazał się nią być jakiś zapyziały brodacz, który do tego był Europejczykiem i ubierał się jak menel. Facet usiadł na jednym ze skórzanych foteli pod oknem, zdejmując z siebie dziwną, ciemną kurtkę, a Luhan, albo mu się wydawało, albo poczuł, jak po pomieszczeniu rozniósł się jakiś nieprzyjemny zapach.
- No chyba sobie żartujesz... - powiedział pod nosem, już mając się podnieść, by podejść do klienta, ale uprzedził go Jongie, łapiąc starszego za rękę.
- Hyung... Jest prawie jedenasta, nie masz dzisiaj przypadkiem jakichś zajęć? Zawsze pamiętałem, że w sobotę...
- Kurwa! - warknął na całe gardło Chińczyk, w ostatnim momencie zakrywając sobie usta dłońmi, by nikt nie spojrzał na niego jak na debila i nie skarcił jakimś nieprzychylnym wzrokiem za to, że przeklina. - Kuźwa, zapomniałem, zapomniałem, muszę iść!
Młodszy uśmiechnął się do niego lekko, klepiąc po ramieniu i wstał. Spojrzał w oczy Lu, a jego wzrok był dość znaczący – Chińczyk wiedział, że on coś knuje, więc tylko wbił w niego przebiegłe spojrzenie i skrzywił się nieznacznie.
- Gege, idź na zajęcia, ja zajmę się tym klientem, a wynagrodzenie za niego ci oddam, kiedy wrócisz! - a kiedy usłyszał, co powiedział do niego Jongki, aż prawie by go opluł z wrażenia.
- O czym ty mówisz? - spytał cicho, powolnym ruchem wstając z kanapy, by się jeszcze nie przewrócić.
Jongie poklepał go po ramieniu po raz kolejny.
- No o tym, co słyszysz. Idź na zajęcia, a jak wrócisz, oddam ci za tego gościa pieniądze.
Nie no, to są chyba jakieś jaja! Luhan się chyba przesłyszał.
No, ale nie mógł się jakoś dłużej nad tym wszystkim zastanawiać, bo ma dokładnie dziesięć minut, żeby przebrać się, wyjść z tej kawiarenki, odpalić samochód i po prostu znaleźć się na zajęciach, a na dodatek jeszcze się nie spóźnić! Wyjrzał jeszcze po raz ostatni zza drzwi, kiedy wychodził i w zasięgu jego wzroku pojawił się wesoły wzrok Jongki'ego, który posłał mu tylko malutkie serduszko utworzone z rąk, ze słowem 'hwaiting' na ustach. Uśmiechnął się na to delikatnie i niemal niczym wilk wyskoczył z pomieszczenia, lecąc zaciekle w stronę swojego czarnego, sportowego samochodu. Trochę namęczył się z otwieraniem wozu, bowiem dłonie ze stresu tak mocno mu się trzęsły, że nie mógł nawet trafić w dziurkę od klucza. Przeklął kilka razy pod nosem i kiedy złapał kilka dłuższych, uspokajających oddechów, bez pośpiechu otworzył drzwi, wsiadając pędem do auta i wyjeżdżając na główną drogę w Chinach, którą, jako jedyną udałoby mu się dostać na swoją uczelnię.
Naprawdę, że też kompletnie zapomniał o tym, że ma dzisiaj zajęcia! To ta okropna robota w tej głupiej kawiarni dawała mu się we znaki. Westchnął ciężko; nawet nie zdążył pozbyć się z siebie swojego stroju kelnera, a dobrze, że chociaż miał książki w swoim aucie, które po ostatnich zajęciach po prostu zapomniał z niego wyciągnąć. Drżącą dłonią trzymał kierownicę w aucie i uważnie spoglądał na ulice, doszukując się pasa, którym najszybciej mógłby dostać się do swojego college'u. Dziwne wydało mu się jedynie to, że na pasach ruchu zaczął zbierać się dość duży korek, przecież dzisiaj była sobota, co to ma niby być?!
Opuścił zdenerwowany głowę na kierownicę, coraz mocniej zaciskając na niej palce i uderzając w nią czołem. Że też akurat teraz zachciało im się tworzyć korek na drodze, kiedy on akurat miał coś ważnego do załatwienia! Westchnął ciężko i zatrąbił kilka razy w klakson, próbując tym ponaglić innych Chinoli, jacy siedzieli w swoich autach i niczym żółwie przemierzali ulicę. Jednak i tak nic to nie dało.
- No ja to mam kurwa szczęście... - mruknął pod nosem, kiedy nagle obrócił głowę w bok, dostrzegając swoim sokolim okiem coś, co może i by ułatwiło mu dojazd na uczelnię, ale jeżeli chociaż jeden manewr mu nie wyjdzie, to wszystko szlag trafi.
Jeżeli chociaż o kilka minut spóźni się na zajęcia, to sobie tego nie daruje. Tu już nie chodzi o to, że znowu będzie miał przesrane u pana od zarządzania, ale po prostu jemu samemu byłoby z tym zwyczajnie źle. Nie na darmo wybrał sobie na zawód ekonomistę, żeby teraz miał wszystko zniszczyć przez jakiś durny korek.
Zacisnął mocno ręce na kierownicy, dodał gazu do silnika i wyjechał z korka prosto na chodnik, o mało co nie potrącając tym samym kilku ludzi. Śpieszyło mu się, co miał poradzić? Prędko udało mu się wyminąć korek, jaki zalegał mu na drodze, jadąc przy tym chodnikiem (i łamiąc wiele przepisów, ale kto by tam się tym przejmował), jednak zaraz przed jego oczami pojawiła się kolejna przeszkoda, a mianowicie czerwone światło.
Luhan zmarszczył mocno swoje brwi – o nie, nie popuści tego, w życiu. Już wolałby mieć wypadek, niżby teraz miał zatrzymać samochód i nie zdążyć na zajęcia. Tak, wypadek samochodowy byłby tutaj jedynie ewentualnością. Stałoby się, to by się stało, przynajmniej może dostałby odszkodowanie (ale raczej za takie coś, to się jedynie idzie do pierdla, haha) i tyle.
Nagle jednak poczuł, jak dokoła całego ciała zrobiło mu się gorąco, a oczy poszerzył w tak wielkim szoku, że gdyby wykrzywił swoją twarz nieco bardziej, to by mu te patrzałki wyleciały i wyglądałby niczym męska wersja (a do tego słodsza) krwawej Mary. Ale my tu nie o tym.
Luhanem nagle wstrząsnął spazm wielkiego strachu, bowiem okazało się, że w jego stronę zaczęło coś pędzić i do tego znajdowało się od niego na odległość około dziesięciu metrów. A co jeszcze... świeciło się okropnie jasnym, niemalże złotym światłem, które Luhana nieźle oślepiało. Z głośnym piskiem opon zatrzymał samochód dokładnie sekundę przed tym, jak pędzący w jego stronę obiekt po prostu odbił się od jego maski. Luhan z przerażeniem i potem cieknącym po całym ciele wtulił się twarzą w poduszkę samochodową, jaka nagle wyskoczyła mu ukryta w kierownicy, po czym jęknął cicho i drżącymi rękoma zaczął powoli podnosić na siedzeniu.
Jedno było pewne – nie kojarzył kompletnie faktów. Oddech ze strachu przyśpieszył mu do maksimum, a do tego serce łomotało w piersi tak mocno, jakby zaraz miało z niej wyskoczyć. Drżąc jak galaretka powoli otworzył ręką drzwi swojego samochodu i wysunął się z obolałą całą głową na zewnątrz. No, teraz to już na pewno nie zdąży na zajęcia, a na dodatek jego ojczulek go zabije za to, że tak rozpieprzył swój niedawno otrzymany samochód.
Jednak chyba nie to było teraz najważniejsze.
Lu pokuśtykał powolnym krokiem w stronę maski swojego samochodu, od której to coś dziwnego się obiło i spowodowało tą całą jego złość, po czym zaniemówił. Oparł się jedną dłonią z boku maski i rozdziawił szeroko usta, na widok tego, że na przodzie jego wozu leżał... człowiek. Człowiek o ciemnych włosach przewiązanych dokoła głowy czarną, materiałową opaską. Luhan z drżącymi dłońmi zbliżył się bardziej ku obcemu osobnikowi, a potem złapał go za ramiona i lekko odchylił.
Zaskoczył się potwornie, kiedy okazało się, że chłopak nie miał na twarzy żadnej rany, chociaż Chińczyk, oraz jego samochód idealnie poczuli uderzenie i odgarnął lekko dłońmi jego grzywkę. I wtedy przed jego oczami ukazała się dość ciemna, jak na Azjatę karnacja, oraz cholernie pełne usta, jak i przymknięte oczy z pięknymi, długim rzęsami, które jak na chłopaka były dość rzadkie. Luhan uniósł brew, przyglądając się mu w zdumieniu, po czym złapał go lekko za ramiona, starając podnieść do góry i zanieść chociaż na tylne siedzenie swojego samochodu, by tam się nim zająć.
Zastanawiał się... czy do ciężkiej anielki on mu spadł z nieba, czy co?!
Nie... to nienormalne.
Ale na razie nie chciał sobie tym zaprzątać głowy.
Nie chciał bowiem narobić sobie jeszcze problemu z policją, że niby spowodował wypadek.
Kiedy już ciągnął chłopaka na tyle, na ile miał siłę, okazało się, że obcy osobnik właśnie otworzył oczy i szarpnął biednym Luhanem tak mocno, że powalił go na ziemię tuż koło otwartych drzwi u swojego wozu. Chińczyk jęknął głośno, czując pod plecami twardy asfalt, po czym złapał mocny dech w piersiach, bowiem chłopak, którego właśnie zdjął z maski samochodu, po prostu unieruchomił jego nadgarstki nad głową i usadził swoje zacne cztery litery na miednicy Chińczyka, gniotąc tym samym niemalże jego żebra.
Luhan spojrzał na to z przerażeniem, a widząc wściekłą twarz chłopaka przed sobą, wolał chyba się nie odzywać.
- Kim jesteś? - usłyszał pytanie z jego ust, przez co zadrżał i zamknął powieki.
Po raz pierwszy zaczął bać się kogoś tak bardzo, że z chęcią zacząłby krzyczeć i wzywać pomocy, ale teraz to jego język po prostu utknął w gardle. Poczuł, jak chłopak swoimi pośladkami napiera na jego członka pod spodniami, przez co jęknął cicho i od razu się zarumienił, bowiem, jakoś specjalnie komfortowa sytuacja to dla niego nie była. Szarpnął się lekko, próbując wyswobodzić z uścisku obcego chłopaka, jednak z każdą sekundą on zacieśniał się nieco bardziej, więc Luhan chyba odpuścił. Nie chciał bowiem, by ten szaleniec zrobił mu coś złego.
Zerknął ze strachem w paciorkowe oczy chłopaka, które idealnie zgrywały się z jego ciemną karnacją mulata i czarnymi, obcisłymi ubraniami, po czym westchnął cicho, widząc dalej ten wściekły wzrok na sobie.
- Kim jesteś do ciężkiej cholery?! - kiedy obcy warknął to nieco głośniej, z gardła Luhana wydobył się przerażony pisk, więc uchylił drżące wargi i szepnął cicho.
- Xi Luhan, a ty kim jesteś?
Chłopak przekrzywił głowę, patrząc na Chińczyka z przymrużonymi oczami.
- Nie interesuj się. Gdzie ja jestem? - warknął, pochylając się o owiewając jego ucho gorącym oddechem.
Luhan zadrżał, czując jak zaczęło mu się robić gorąco.
- J-jesteś w Pekinie, a jakiego miejsca szukasz? - ej chwila, czemu on o to pytał, przecież ten idiota spadł z nieba, nie?
Albo mu się to tylko wydawało. Spojrzał na chłopaka w ciągłym strachu, ponownie próbując wyswobodzić ręce, jednak daremnie. Ciemnowłosy wykrzywił usta w kpiącym uśmieszku i kiedy uwolnił jedną dłoń z skrępowanych rąk Luhana, ujął w ją podbródek chłopaka, odchylając jego twarz tak, by łatwiej było mu spoglądać w jego oczy.
- Masz mnie odesłać na EXO Planet.
Że co kurwa?!
Luhan wybałuszył oczy, patrząc na chłopaka, jak na głupka, ale kiedy ten coraz bardziej wzmacniał uścisk, Xi dał sobie spokój i jęknął cicho, pełnym rezygnacji głosem.
- Ale gdzie jest to twoje EXO Planet?
Kai prychnął.
- No jak to gdzie?! Na innej planecie, masz coś wymyślić i mnie tam odesłać!
Nie no, on sobie chyba kpił, prawda?
- Weź mnie puść, niewygodnie jest mi tak z tobą rozmawiać? Ocipiałeś koleś?! - Luhan w końcu zdobył się na to by mu odpyskować. - Weź chociaż powiedz, jak do cholery masz na imię!
Oho, natura suki się wybudza.
- Kai. - burknął ciemnowłosy i szybkim ruchem wstał z Luhana, łapiąc go ponownie za ręce, które skrępował mu teraz z tyłu jego pleców i mocno przycisnął jego ciało do bocznych drzwi jego czarnego auta.

Luhan jęknął cicho, opierając się policzkiem o szybę, a potem poczuł gorący oddech tuż przy swoim uchu. Jak się okazało, Kai był od niego znacznie wyższy. Zamknął oczy, zagryzając wargę i lekko zakręcił biodrami, chcąc wyswobodzić się ponownie od uścisku Kaia, jednak ten tylko zamruczał do jego ucha seksownym głosem.
- Jaka sunia, co, pobawimy się z nieporuchanym chłopaczkiem?
O nie. To było już przegięcie.
- Spierdalaj. - warknął Luhan, ale zaraz jęknął cicho, czując, jak wielka łapa wyższego chłopaka mocno zaciska się na jego tyłku.
Zamknął mocno oczy, zaczynając wiercić, ale nic mu to nie dało, bowiem Kai przywarł do niego swoim własnym ciałem, przesuwając gorącym językiem po jego karku.
- Chodź, zabawimy się przy tym czymś, o co się opierasz, a potem wyślesz mnie na nowo na EXO Planet.
- To jest samochód. - Luhan wywrócił oczami i mocno szarpnął całym swoim ciałem, powodując, że Kai od niego odskoczył i uśmiechnął się jadowicie.
- Chuj mnie to obchodzi, co to jest. Chcę wrócić do domu. I ty masz coś z tym zrobić, bowiem, to ciebie los dla mnie wybrał i ty masz mnie odesłać tam z powrotem, kumasz?
Luhan westchnął.
- Zamknij się już i po prostu wsiadaj do tego samochodu, chyba, że mam ci przyjebać w ryj, krzywy patafianie.
Kai nie zwrócił już uwagi na dopowiadanie wyzwisk przez Luhana, tylko pchnął go na drzwi obok, a sam usiadł z tyłu, cały czas nie pozbywając się cwanego uśmieszku z twarzy.
Chyba znalazł sobie nowego służącego.
Luhan zaś wywrócił oczami i zajął miejsce przy kierownicy i westchnął cicho.
No pięknie, nie dość, że wygląda jak błazen w tym stroju kelnera i spóźnił się na swoje zajęcia z ekonomii, to na dodatek poznał jakiegoś imbecyla, który twierdził, że pochodzi z jakiegoś dziwnego EXO Planet i do tego był niezłym zboczeńcem. Pokręcił głową i odpalił silnik, ponownie słysząc, jak Kai mruczał coś do niego tym swoim niskim, dziwnie podniecającym go głosem.
- Zrób coś wreszcie, albo ci fiuta ze spodni wyrwę...
- Zamknij się w końcu, bo ci kurwa nic z tym EXO Planet nie załatwię. - odpyskował, ruszając powoli z miejsca.
No pięknie, zobaczymy co dalej.
Jednak Lunam mógł powiedzieć już jedno:
„Kai, masz wpierdol”.

Nie z tego świata - Pierwszy.

11 komentarzy:



Tytuł: Nie z tego świata
Typ: Seria. [Rozdział 1]
Gatunek: AU
Paringi: OT12 [KrisYeol, SuChen]
Ostrzeżenia: Przekleństwa pewnie i dużo cukru .3.
Długość: 5264 słowa 
Notka autorska: Dzień dobry wieczór wszystkim. Pewnie się cieszycie, że kolejna notka leci tak szybko, co? Tak wiem, ja też. <3 Jest 26.06 godzina 00:35 a ja właśnie skończyłam pierwszy rozdział opowiadania Nie z tego świata. Wiem, jesteście ze mnie dumne, ja z siebie też! c:Ale mówiąc serio, muszę Wam powiedzieć, że bardzo mi się podoba ten rozdział. Może i z początku wydaje się nieco nudny, no ale, z czasem wszystko się rozkręci, obiecuję.
A, i ostrzegam. Nadmierna ilość cukru. Próchnica gwarantowana o3o
Dobra, nie marudzę tylko daję. C:
I mam nadzieję, że będziecie komentować. ;-;'



Głośny, mocno irytujący dźwięk budzika od dobrych kilku sekund zdążył niemalże rozsadzić mu głowę. Warknął cicho podenerwowany i zaczynając przewracać się w białym puchu miękkiej kołdry własnego łóżka, w końcu wyciągnął dłoń i wyłączył brzęczące nieznośnie urządzenie. Trochę mu zajęło, zanim otworzł zaspane oczy, zanim zwlókł się z posłania i zanim po prostu wstał, mając tą świadomość, że jednak nie znajduje się już w krainie Morfeusza, a po prostu w prawdziwym świecie.
Można by rzec, że nawet kiedy dopiero budził się co kolejny ranek, to i tak za każdym razem wyglądał seksownie. Jasne, poczochrane włosy ułożone w porządnym nieładzie sprawiały, że miał w sobie jeszcze więcej seksapilu niż dotychczas, a sam jego wygląd, czyli idealnie opinające chude, długie nogi bokserki, a w nie niechlujnie wsunięta nieco zmiętoszona biała koszulka układająca się niemal perfekcyjnie na dużych, silnych ramionach, miały w sobie to coś.
Westchnął cicho i przeciągając się zgrabnym, niemal kocim ruchem powoli wstał, wychodząc ze swojej sypialni. Spojrzał jeszcze kątem oka na idealnie ułożoną pościel po drugiej stronie łóżka – jak widać jego partnerka już dawno temu się obudziła. Pokręcił głową i oparł się lekko dłonią o framugę drzwi prowadzących już do salonu.
Chyba po raz kolejny zapowiadał się długi, nudny, mozolny dzień.
- Kochanie, już wstałeś? - uniósł głowę znudzony, tym samym podnosząc brew nieco ku górze.
Po raz kolejny ta sama, nudna śpiewka.
Przed jego oczami pojawiła się wesoła, promieniście uśmiechnięta twarz czarnowłosej, drobnej dziewczyny, trzymającej w kucharskich rękawiczkach garnek ze świeżo ugotowanym ryżem. Kris wykrzywił usta, siląc się na naprawdę miły uśmiech w jej stronę, ale chyba coś mu to nie wychodziło. Nie chciał on jednak jakoś mocno zranić Ziyi mimo że czuł do niej to, co czuł, czyli najprościej mówiąc: nic. Była całkiem miłą i opiekuńczą dziewczyną, lecz jednak na jakiekolwiek uczucia z jego strony młoda liczyć nie mogła. Tu nawet nie chodzi o to, że miała dopiero niedawno skończone dziewiętnaście lat i była pełnoletnia, Kris nie dość, że ze swoim wyglądem, ale i wiekiem, czuł się przy niej niczym pedofil.
Uniósł kąciki ust nieco wyżej i pokiwał głową.
- Wychodzisz gdzieś dzisiaj?
Ziya wesoło pokręciła głową na boki, odlewając ryż do wolno stojącego garnka. Podeszła powolnym krokiem w stronę Krisa i uśmiechając się dość uroczo, wspięła się na palce i lekko musnęła ustami policzek chłopaka. Nie żeby coś – po prostu się z nim przywitała. Potem odeszła w ciszy przygotowując posiłek, po czym wszystko postawiła na niskim stole i przy nim usiadła. Spojrzała jeszcze swoimi wielkimi oczami w stronę Krisa i uśmiechnęła się ciepło.
- Nie będziesz jadł? Ja nigdzie nie wychodzę, jak pytałeś wcześniej, a co się stało?
Blondyn spojrzał na nią w zamyśleniu i sięgnął dłonią do kanapy, na której leżała wyprasowana koszula oraz ciemne, zdarte już nieco jeansy. Potem po prostu zniknął w łazience, zamykając się w niej na kluczyk.
Oparł dłonie na zlewie i spojrzał w szybko wpływający z kranu strumień wody. Zdawało się, że nawet i on potrafił go w aktualnym obrocie spraw wyprowadzić z równowagi. To wszystko działo się zdecydowanie za szybko, to wszystko nie było na jego nerwy, chociaż po dwóch miesiącach chyba już zdążył się przyzwyczaić. Zacisnął mocno palce na marmurowym obiciu, po czym spojrzał w lustro i uśmiechnął się z przekąsem.
Jak długo z tym wytrzyma?
Nie zajęło mu jakoś specjalnie długo siedzenie w toalecie, bowiem już za dobre dziesięć minut wyszedł z domu, zabierając ze sobą po drodze swoje świecące złotem klucze od czerwonego mercedesa, który załatwił mu ojciec.
Jednak chwilę przed samym wyjściem, zatrzymała go zatroskana twarz Ziyi, która pociągnęła go za nadgarstek. Uniosła niewinny wzrok na chłopaka i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Uważaj na siebie, kochanie. - powiedziała cicho, a jasnowłosy tylko westchnął z przekąsem, wyciągając dłoń, by pogłaskać nią włosy dziewczyny.
Coraz bardziej zaczął się z tym wszystkim męczyć.
A potem wyszedł zostawiając ją samą.

Kiedy tylko stanął w garażu w pierwszej chwili spojrzał w stronę swojego wozu z lekkim uśmiechem, jednak i on za chwilę zniknął z twarzy Wu Fana – bo tak prawilnie się nazywał, ale nie lubił, kiedy ludzie zwracali się do niego w ten sposób, więc dla wszystkich był po prostu Krisem. Samochód tak naprawdę nie był jego, bowiem załatwił mu go ten kochany ojczulek, którego Fan nienawidził niemal całym sercem, ale w aktualnym momencie nie chciał zaprzątać sobie nim głowy. Miał zupełnie inne, ważniejsze rzeczy do roboty.
Tak więc schował klucze do kieszeni szarej marynarki i stwierdził, że pójdzie piechotą.
Nie przejął się nawet tym, że ulice Pekinu mogą być o tej porze zatłoczone.
Po prostu poszedł przed siebie.
A resztę chyba zostawił przeznaczeniu, i temu, że może jednak doczeka się w swoim życiu czegoś innego, niż na irytująca praca, na którą nie miał ochoty.
Zamknął oczy, w duchu szczerze modląc się, by chociaż ten jebany samochód na drodze go potrącił, żeby jego życie nabrało obrotów, ale wiedział, że po pierwsze to nie nastąpi, a po drugie zniszczył by wszystko, co osiągnął. On osiągnął? Nie no, śmieszne. Jeżeli nie liczyć w tym dziewięćdziesięcio dziewięcio procentowego wkładu swojego ojca, to może i wszystko byłaby jego zasługa.
Zacisnął mocniej rękę na teczce z papierami i ze znudzeniem wymalowanym na twarzy spojrzał na wielki budynek stojący w centrum chińskiej aglomeracji. To było jego miejsce. Coś, czego naprawdę nienawidził całym sercem.
Kopnął butem walający się mu pod nogami kamyk i ponownie zamknął się w swoim nudnym, szarym świecie, z którego będzie mógł wyjść dopiero za bite osiem albo nawet dziesięć godzin. No, w końcu jako prezes jednej z większych firm AGD i RTV w Chinach, miał co robić. Albo i nie miał, a musiał zająć czymś swoje szanowne cztery litery, żeby udawać kogoś, kim nie jest.

*

- Panie Krisie, co pan myśli o tym, żeby zmienić kilka sprzętów w naszej firmie na nieco inne... Wie pan, mam na myśli to, że stara nazwa jest już przereklamowana i... no, przydałoby się dać coś bardziej chwytliwego, żeby ludzie kupowali tego więcej...
- Ale co pan gada! Należy po prostu zwiększyć produkcję naszych dotychczasowych rzeczy, a nie jeszcze bawić się w jakieś zamiany nazw. Ludzie nie polecą na chwytliwe nazwy, potrzeba nam ciekawego hasła reklamującego naszą firmę, a wyrób RTV i AGD może pozostać dokładnie taki, jak jest.
- Nie, nie zgadzam się! Musimy coś z tym zrobić, panowie, dajcie panu Krisowi dojść do głosu, on powinien za nas wszystko w spokoju załatwić.
- Ale...
- Panie Krisie, słyszy pan?!

Jasnowłosy na krzyk w pewnym momencie oderwał wzrok znad sterty papierów, które zaczął od dobrych piętnastu minut podpisywać swoim pseudonimem firmowym i spojrzał na zebranych dokoła niego pracowników siedzących przy wielkim stole. Spoglądali na niego w wyczekiwaniu, więc tylko westchnął bezgłośnie, odłożył długopis i posłał im wszystkim znaczące spojrzenia.
- Zajmę się tym później panowie, teraz nie mam do tego głowy.
Nie przejął się jednak cichymi szeptami z ust jego pracowników, bo to i tak on tutaj rządził, a poza tym, i tak w sumie nigdy tych grubych narzekadeł nie słuchał. Jedyne co potrafili, to po prostu wyprowadzić go z równowagi. Odsunął palcami kartki sprzed swojego nosa i ociężałym ruchem ruszył się z krzesła.
Od razu jednak otrzymał sprzeciw na temat swojego czynu.
- No gdzie pan idzie?! Prezesie! Jeszcze nie skończyliśmy!!
- Mamy tyle ważnych spraw do omówienia, nie może pan tak teraz wyjść!!
A on tylko spojrzał na nich z typowym znudzeniem i wielkim politowaniem na twarzy.
- Idę sobie kurwa tam, gdzie mi się podoba, a wy nie macie nic do gadania. Mam was zwolnić?
Kiedy odpowiedziała mu cisza, uniósł głowę, uśmiechając się lekkim, ale jadowitym i pewnym siebie uśmieszkiem, po czym zatrzymał się przy drzwiach wyjściowych z pomieszczenia głównego i mruknął:
- Tak właśnie myślałem. A teraz do roboty!! - wychodząc.
Szczerze, to sam z chęcią zwolniłby się z tej roboty nawet za chwilę, ale ojciec przecież by go za to zabił. Nie miał już siły użerać się z tą durną bandą idiotów nic nie potrafiących zrobić tak, jak trzeba i codziennie słyszeć tą samą, nudną śpiewkę, że jaka to jego firma jest fajna. Owszem, musiał przyznać, że dobrze mu poszło to, by wyrzucić korporację na najwyższe szczeble na rynku chińskim, ale jednak wszystko ma jakieś swoje granice i z czasem po prostu może stać się już wkurzającym przyzwyczajeniem, a nie przyjemnością z robienia swoich zadań.
Ruszył powolnym krokiem przez długi korytarz w swojej firmie, zerkając kątem oka przez szklane szyby, jak ludzie, niczym mrówki, czy zapracowane pszczoły zajmowali się swoimi, przydzielonymi czynnościami. Jedni papierami, drudzy sprawdzali stan przedmiotów, a jeszcze inni pracowali przy komputerach. Pokręcił głową wymijając sekretarki, jakie niosły mu w dłoniach kolejne sterty kartek do podpisania i odprawił je z nimi w zupełnie inną stronę.
Nie miał zwyczajnie ochoty zajmować się tymi bzdurami.
Czuł wewnątrz pewne, niewyjaśnione rozdarcie.
Tylko nie wiedział zupełnie, co się z nim działo.
Niechętnie przysunął się do wielkich, brązowych drzwi, które na środku posiadały przyczepioną również złotą tabliczkę z jego imieniem – osoby najważniejszej w całym tym głupim bagnie. Westchnął ciężko, kiedy nagle poczuł dość mocny uścisk na nadgarstku, więc nieco zaskoczony odwrócił się w stronę dotyku, unosząc brew.
Przed nim stał jeden z jego ważniejszych pracowników, pan Wang. Spoglądał na Krisa, jakby w lekkim przestrachu, trzymając w dłoni przenośne radio i przeskakiwał z jednej nogi na drugą. Wyglądało to nieco komicznie, bowiem był on od niego niższy tak bardzo, że sięgał mu do samej klatki piersiowej. Blondyn spojrzał na mężczyznę, który wbił w niego dziwny, nieodgadniony dla niego wzrok.
- Co się stało?
- Niech pan, panie prezesie słucha...
Że niby co? 
"W Pekinie zaczęły dziać się dziwne rzeczy, na niebie w wielu miejscach pojawiła się wielka smuga światła, która zniknęła po kilku minutach sprawiając wrażenie, jakby spadała w dół. Prosimy nie panikować, mogła być to jedynie kometa, chociaż i to nie jest potwierdzone. Wszystkich naprawdę prosimy o zachowanie spokoju, sytuacja zostanie w najbliższym czasie opanowana, takie światło to nie jest koniec świata."
Jasnowłosy spoglądał na Wanga, jak na jakiegoś totalnego idiotę, po jaką cholerę on mu zajmował głowę takimi, niepotrzebnymi sprawami? Bo co go do jasnej cholery obchodził fakt, że jakieś światło pojawiło się w mieście? Co, może to jeszcze ufoludki, chcące zjeść na obiad wszystkich ludzi? A nie lepiej było sobie znaleźć najprostsze wyjaśnienie, jakim było zwykłe lądowanie samolotu? Ale zaraz... czy w pobliżu znajdowało się, jakiekolwiek lotnisko? Brednie.
Westchnął ciężko i posłał mężczyźnie pełne poirytowania spojrzenie.
- Czy to wszystko, co miał mi pan do powiedzenia?
- Ale...
- Czy to wszystko?! - Kris podniósł ton, przez co niższy aż podskoczył i oddalił się od niego niemal w trybie natychmiastowym.
Pokręcił głową z dezaprobatą, przez dłuższą chwilę jeszcze zastanawiając się nad tym, co mówili przed momentem w radio, jednak i tak wszystko zdało mu się być jedynie bezsensowną głupotą, więc postanowił dać sobie z tym spokój. Dziwne, ale dzisiaj chyba naprawdę wszystko potrafiło go nieźle zdenerwować. Powinien sobie zaparzyć ziółka na uspokojenie, bo nie wiedział, jak długo zniesie to, co się działo dokoła.
Już miał sięgnąć dłonią do klamki, by zamknąć się na bite osiem godzin w swoim biurze, kiedy nagle do jego ucha dotarł głośny huk.
Huk, który brzmiał, jakby coś pękło i rozbiło się na mniejsze części, a potem z łoskotem upadło na ziemię.
Przestraszony uchylił szeroko powieki, rozglądając się we wszelkie strony, kiedy dotarło do niego, że ten huk wydobył się w jego pokoju. Dziwny dreszcz przeszedł go po plecach – czyżby ktoś się tam włamał? Drżącą dłonią złapał za klamkę i kiedy otworzył drzwi na oścież, nie mógł uwierzyć, w to, co widzi.
Pierwsze, co przykuło jego uwagę, to rozbita na kawałeczki szyba, która świeciła mu przed oczami wielką dziurą, poprzez brak szkła. Drugą rzeczą zaś był okropny bałagan w całym jego pokoju. Papiery, segregatory, dokumenty, mazaki, czy inne ważne rzeczy zawsze znajdujące się w biurach, niczym na śmietniku walały się po całym pokoju, powodując, że panował tu tak wielki burdel, jak w domu, którego nie sprzątało się miesiącami, a Kris przecież był pedantem.
Jednak i tak najbardziej nie mógł uwierzyć w trzecią rzecz, jaka pojawiła się przed jego oczami.
- Co ty tu kurwa robisz? I kim ty w ogóle jesteś? Jak tu się znalazłeś? Co... - i po chwili swoich bezsensownych monologowych pytań, Kris zamknął usta, spoglądając na wychylającego się zza biurka chłopaka, w którego wielkość oczu nie uwierzyłby, gdyby ich sam nie zobaczył.
Rozdziawił szeroko swoje małe wargi, wbijając w postać przed sobą wzrok, jak w coś, co było najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek zobaczył w swoim życiu.
Zamknął za sobą drzwi, próbując przekalkulować to, co się właśnie koło niego działo.
Chłopak przed nim z dość przestraszonym wyrazem twarzy zaczął podnosić się z połamanego biurka, na którym trzymał swoje szanowne siedzenie i nie oderwał od niego wzroku ani na sekundę. To, co zaintrygowało Krisa, kiedy patrzył na obcego, to fakt, że był z nim niemal równy wzrostem, ale sądząc po jego dość dziecięcej twarzy Wu Fan wiedział, że miał on nie więcej niż szesnaście, góra siedemnaście lat. No, ale czy można być aż tak wysokim, jak na ten wiek?
Pokręcił głową; po jaką cholerę on się przejmował takimi pierdołami?!
- Powtórzę: kim ty jesteś? - spytał nieco bardziej podenerwowanym tonem, zakładając dłonie na tors i wyprostował się – tak, jakby chciał tym pokazać przed chłopakiem swoją wyższość.
Chłopak tylko popatrzył na Krisa w jeszcze większym strachu i cofnął się pod szybę, która, jak wspomniano już wcześniej, była rozbita. Jego ogniste loki opadły mu na delikatną, mleczną twarz, a dłonie, dziwnie poranione i pełne lekkich zadrapań, zacisnęły się mocno na rozbitym szkle, raniąc je sobie jeszcze bardziej. Chłopak jęknął z bólu i skulił się wpół, a Kris westchnął ciężko.
Zastanawiało go, czemu ta cholerna szyba była rozbita? Jak ten chłopak tu w ogóle wpadł, skoro jego biuro znajdowało się na czterdziestym piętrze w wieżowcu?
A może on...?
Nie, to by było nienormalne, przecież on nie mógł ot tak sobie po prostu spaść z tego nieba, tym samym być tą dziwną kometą i wylądować w jego biurze. Ale z drugiej strony, jak niby dostałby się tutaj przez szybę i jeszcze ją rozbił?
Wu Fan złapał się za głowę, starając się nie przejmować tym, że coraz więcej dziwnych rzeczy działo się w jego życiu.
Normalnie, jak w filmie akcji. To co, może on jeszcze zaraz wyjmie z kieszeni nóż, zadźga go i sam przejmie tą jego jebaną firmę? W sumie to nawet byłaby fajna sprawa, przynajmniej Fan miałby wtedy spokój.
- G-gdzie ja jestem? - usłyszawszy nagle głos chłopaka, Kris rozdziawił szeroko usta.
Przecież on brzmiał jak jakiś czterdziestolatek! Co to za dziwne schizy?
Uniósł brew, tak jakby lekko zaczynając bać o swoje życie.
Nie, nie, nie, nie, nie! Kris, przesadzasz, porozmawiaj z nim!
Przykucnął przy nim, powolnym ruchem wyciągając w jego stronę dłoń, jednak z każdym jego milimetrem zbliżania się, rudzielec cofał się tak, że jeszcze chwila i wypadłby z tego okna.
- Ej, nie bój się, powiedz mi, co się dzieje. - powiedział niskim głosem Kris, próbując uśmiechnąć się w jego stronę, ale jak zwykle pokazywał się u niego jedynie grymas.
Chłopak spojrzał na jego dłoń, swoimi wielkimi oczami i przełknął głośno ślinę.
- Spadłem z nieba i trafiłem tutaj. Ja chcę do domu, gdzie ja jestem...?! Chcę wrócić na EXO Planet.
- O czym ty mówisz?!
Słysząc krzyk z gardła jasnowłosego, rudowłosy skulił się bardziej, siadając na ziemi i zaplątał dłonie dokoła kolan, i kiwał na boki tak, jakby właśnie dostał choroby sierocej. W pierwszym momencie Krisowi zrobiło się przykro, ale zdusił w sobie wszelakie emocje, zakładając na twarz maskę skurwiela. Ten chłopak zaczął go nieźle denerwować, szczególnie tym, że mówił do niego o czymś, o czym zupełnie nie miał pojęcia. Zbliżył się do niego i kiedy zacisnął mocno swoją wielką dłoń na jego głowie, szarpnął nim z całej siły, powodując jedynie to, by wstał.
- Pytam się ciebie co tu robisz?! - warknął, a chłopak zamknął z całej siły oczy.
Jakoś w te jego bajeczki o EXO Planet nie chciało mu się wierzyć.
- Uwierz mi, proszę, ja naprawdę nie wiem, co ja tu robię! Spadłem z nieba i obiłem się cały o tą szybę. Przepraszam! Puść mnie...
Kris uśmiechnął się i skinął głową.
- No jasne, że cię puszczę, ale prędzej chyba wywalając za to okno!
Dobra, z tym wyrzuceniem to żartował, ale nie mniej jednak chciał się go pozbyć. Po jakichś pięciu minutach do jego biura wpadło trzech ochroniarzy, którzy szybko zajęli się obcym chłopakiem i niemal wynieśli go z biura Wu Fana. Rudzielec jeszcze chwilę szarpał się, mówiąc, że nie ma złych zamiarów, i że nie wie, co ma ze sobą zrobić, ale nikt go nie słuchał. Jednak nawet i to na Krisa nie działało. Te pierdolone złodzieje! Już nawet przez okno im się zachciało wpadać i jeszcze mówić coś o jakichś EXO Planetach, czy innym gównie.
Westchnął ciężko i spojrzał bez uczuć na cały ten bałagan w biurze. Chyba jego sprzątaczki się z tym i do jutra nie uporają.
Zaczął rozkopywać nogami wszystkie śmieci zalegające na podłodze, kiedy oczami natrafił na coś, czego tu chyba wcześniej nigdy nie widział. Na połamanym biurku leżało czerwone, żarzące się pomarańczowym ogniem pióro. Kris uniósł brew i ujął je w palce, a co go na dodatek zaintrygowało, to fakt, że nie poparzył się tym ogniem.
- Co do... - wybałuszył oczy i spojrzał w stronę drzwi wyjściowych, skąd przed chwilą ochrona wyprowadziła tego chłopaka.
W pierwszej chwili zrobiło mu się głupio, że go tak wyrzucił, powinien z nim sobie to wszystko wyjaśnić. Przecież widział ten strach w jego oczach, a poza tym, to rudzielec nie wydawał się jakoś specjalnie groźny... chociaż, patrząc na to ogniste piórko, Kris sądził coś znacznie innego.
Usiadł na połamanym biurku, zaczynając się zastanawiać na jakich debili trafi on jeszcze w tym i tak już zepsutym świecie.

*

"Oszalałem na pierwszym spotkaniu
Gdy jestem obok, wszystko inne płynie w zwolnionym tempie
Więc proszę powiedz mi: czy to naprawdę miłość?
Dzięki miłości zapomnę ból minionych dni,
Zapomnę płacz przeszłości
Więc proszę powiedz mi: czy to naprawdę miłość?"



Ulice Pekinu po południu często bywały nieźle zatłoczone. Ludzie śpieszyli się, nawet jeżeli ich cel w danym dniu znajdował się naprawdę blisko. W sumie to każdy z się gdzieś śpieszy.
Zawsze mam wiele na głowie, jedna sprawa przytłacza drugą, które tak naprawdę często są jeszcze ze sobą nieźle zbieżne. Jednak człowiek zapomina wtedy o najważniejszej rzeczy, jaka została mu przydzielona w życiu – aby rozwijać pasję. Aby rozwijać coś, czego nikt za niego nigdy nie zrobi. Coś, czego ot tak nie będzie można pójść sobie kupić na jakimś rynku czy supermarkecie na przecenie. Miłość – można kupić, jeżeli jest ona tylko zwykłym pożądaniem; sukces, także dałoby radę, jeżeli ma się niezłe znajomości. Przyjaciół? Czemu nie, teraz każdy leci na kasę. Jednak w tym świecie istnieje również coś, co się nazywa pasją, i za to nie da się nawet największej ceny, bowiem to człowiek sam musi rozwijać.
Rozwijać mimo wszystkich przeciwności losu, bowiem coś, co się kocha, powinno być przyjemnością, a nie nakazem.

~*~

Ciągnąc za sobą wielką, czarną walizkę z szerokim, może nieco zabawnym uśmiechem przemierzał chińskie ulice, wymijając tłum ludzi, którzy o mało co by go sobą nie przygniótł. Z jedną dłonią schowaną do kieszeni czarnej, nieco może pogniecionej marynarki i ciemnym melonikiem, przykrywającym nieco podkęcone, brązowe włosy wydostał się spomiędzy tłumu, na wielki, chiński deptak, gdzie o każdej porze roku zbierały się naprawdę duże ilości ludzi, często różnorodnej narodowości. Zatrzymał się dopiero przy wielkich, murowanych, białych schodach, które prowadziły do jednego z pekińskich teatrów. Postawił koło nich walizkę, a sam usiadł na jednym ze schodków przez chwilę spoglądając na wszystko, co się działo dokoła niego.
Ludzi z każdą minutą przybywało, a to pozwalało mu tylko nabrać większej pewności siebie, ale także utrzymało w przekonaniu, że na pewno ktoś się zatrzyma przy nim i posłucha, co ma do zaoferowania.
Zdjął więc swój melonik, stawiając go na ziemi, a promienie słońca idealnie oświetlały teraz jego twarz. Brązowe włosy, kiedy tylko wydostały się spod więzienia na głowie, rozwiał przyjemny, wczesnowiosenny wiatr, a radosne oczy chłopaka uniosły się ku górze, starając się spojrzeć w słońce. Jednak niestety promienie były zbyt silne, więc pozostało mu jedynie usiąść na marmurowych schodach i wyjąć swoją miłość z tej dużej, czarnej torby.
Nazywał się Jongdae Kim, ale ze względu na to, że uważał się za artystę, lubił, jak ludzie mówili na niego Chen – był to bowiem jego pseudonim artystyczny. Odkąd skończył cztery lata, zawsze marzył, żeby zostać muzykiem. Gdzie tylko miał okazję, to śpiewał. Na urodzinach: swoich, czy cioci, pod prysznicem, w kuchni, siedząc na drzewie, niemal wszędzie, jednak niestety pojawiło się w jego życiu również parę osób, które niestety nie były przychylne tej pasji. Byli to mianowicie jego rodzice, czyli to, co zawsze.
"Zostań ekonomistą, prawnikiem, doktorem, ale na co ci ta cholerna muzyka?!" 

Za każdym razem bronili mu śpiewać, mówiąc, że z tego nie utrzyma się w życiu. Ciągłe powtarzanie, że muzyka to nie jest coś, z czego da radę się żyć, doprowadzało Jongdae do szału. I z czasem po prostu już nie wytrzymał.
"I co, myślisz, że jak wyjedziesz, to coś ci to da? Nie dasz sobie rady, a na nasze pieniądze nie masz prawa liczyć! Nie dostaniesz ani grosza! No chyba śnisz, sam sobie zgotowałeś taki los, sam będziesz pokutował za swoje błędy panie Jongdae Kim!" 

Nawet nie zauważyli, jak spakował swoje rzeczy i po prostu pewnego dnia opuścił ich dom w Korei, załatwiając sobie (nikt niestety do dziś nie wie jak) lot samolotem do Chin. Skąd zarobił? Nikt nie wiedział. A może to wina tego, że nie wracał często na noc do domu?
Jednak jak się okazało, dziwnym zrządzeniem losu znalazł się w Chinach, nauczył języka i teraz codziennie pojawia się na azjatyckim deptaku, śpiewając dla ludzi, jak taki typowy, wesoły grajek, czy też śpiewak. Załatwił sobie nawet skrzypce, bo to zdolny chłopak!
Często zastanawiał się, czy naprawdę nie powinien skończyć ze śpiewaniem i wrócić do domu, ale po pierwsze, rodzice by go wykopali na pierwszym kroku, a po drugie nie miał nic innego, czym mógłby się zająć. Rysować nie umiał, a tak to zostałby malarzem i zarabiał na obrazach, nie miał cierpliwości do ludzi, nie mógłby zostać lekarzem. Nie posiadał również tak artystycznej duszy, żeby pisać wiersze, albo wydawać książki. Pozostało mu więc śpiewanie. Ale było to coś, co kochał całym swoim sercem.
Uśmiechnął się szeroko na samą myśl, i kiedy owe skrzypce znalazły się w jego dłoniach, a oczy przymknęły, zwiedzione muzyką, grającą mu w głowie, uchylił usta, a jego struny głosowe wydały z gardła tak piękny dźwięk, jakby był aniołem, nie człowiekiem. Melodia jaką grał, była nieziemska, a jego głos tylko idealnie się pod nią pasował.
- I lost my mind... ~ - i za każdym dźwiękiem z jego krtani, coraz więcej ludzi zatrzymywało się, by wrzucić jakiś drobniak do jego kapelusza.
Inni klaskali i przypatrywali się mu z podziwem, jednak znaleźli się i tacy, co określili go mianem debila i darmozjada na pieniądze. Jednak on nie był taki, bo nie zależało mu na pieniądzach, tylko na tym, by ktoś powiedział mu, że ma naprawdę piękny głos i po prostu go docenił.
Po swoim małym występie uśmiechnął się szeroko i ukłonił, a brawa, jakie otrzymał tylko podniosły jego samoocenę.
- Jongdae "Chen" Kim, niedługo zabłysnę w świecie muzyki~! - mruknął pod nosem, śmiejąc się sam do siebie i ponownie usiadł na schodach.
Ludzie z zasięgu jego wzroku zaczęli już znikać, bowiem zbliżała się najwyraźniej pora obiadowa, a w tym czasie ulice zaczęły pustoszyć.
Jednak on nie miał zamiaru nigdzie iść. Nie miał gdzie, a poza tym nie miał z kim.
A o swoich wymyślonych przyjaciołach z dzieciństwa nie chciał nic mówić, bo cały czas, jak o tym pomyślał, to śmiał się niczym skończony debil. To były całkiem śmieszne czasy, chociaż miał wrażenie, że dalej z tego nie wyrósł. Lubił bowiem poczytać czasem jakieś komiksy o superbohaterach, czy jakichś nadprzyrodzonych zjawiskach i utwierdzać się z przekonaniu, że może jednak takie rzeczy, czy ludzie naprawdę istnieją.
Mimo wszystko, teraz inne rzeczy zaprzątały mu głowę. Miał bowiem marzenia i naprawdę chciał zrobić wszystko, by je spełnić, jednak wiedział, że będzie potrzebował pomocy, ponieważ sam tego nie dokona. Odłożył skrzypce do walizki, a sam spojrzał wesołym wzrokiem ponownie w słońce i w pewnym momencie oniemiał tak mocno, że jakby miał coś na nowo zaśpiewać, to nie zrobiłby tego.
Poczuł nagle, jak serce podskoczyło mu do gardła, a całe ciało zwiotczało i nie mógł się zupełnie poruszyć, chociaż o malutki milimetr. Usłyszał kilka krzyków, a resztka ludzi, jaka znajdowała się na deptaku, po prostu nagle się rozpłynęła. Jednak nie zwrócił na to uwagi. Jego wzrok bowiem wbity był w jeden punkt, który z coraz to większą szybkością zaczął się do niego zbliżać. Złota poświata oślepiła go tak mocnym światłem, że zasłonił sobie oczy rękoma, zapominając zupełnie o tym, żeby zacząć uciekać. Zapomniał też o tym, że umiał krzyczeć, jednak okazało się, że nic nie poczuł. Żadnego draśnięcia, podmuchu, czy chociażby uderzenia w własne ciało.
Nie ma co, ale zaskoczył się tym potwornie, więc odsłonił swoje oczy i nagle po prostu coś chyba stanęło mu w krtani. Żadnego oddechu, pisku, czy głosu. Nie wydobył z siebie nic.
Okazało się bowiem, że poświata, która jeszcze chwilę temu pędziła w jego stronę z zawrotną prędkością, zniknęła, rozpływając się w jednym, dość dużym punkcie na ziemi. Jongdae otworzył szeroko usta i drżącą dłonią pomógł sobie wstać ze schodów. Podszedł bliżej. Powoli, spokojnie, i...
- Ja pierdolę... - ciche przekleństwo uciekło z jego ust, a potem upadł na ziemię, czołgając się do tego właśnie punktu na kolanach. Punktu, który okazał się być człowiekiem, a do tego chłopakiem.
Jongdae złapał się za głowę, rozglądając szybko, czy przypadkiem nikt tego nie widział i złapał nieznajomego w pasie ciągnąc go powoli na schody. Ułożył jego głowę na swoich kolanach i zaczął wpatrywać z niedowierzaniem. Jakim cudem ludzie mogą spadać z nieba i jeszcze nie zrobić sobie krzywdy?! Chłopak bowiem nie posiadał żadnej rany na swojej mlecznej, prawie nienaruszonej niczym skórze, a przydługa, brązowa grzywka zaczesana na bok, zakrywała jego prawe oko.
Zamrugał kilka razy oczami, próbując wmówić sobie, że to wszystko mu się śni, jednak chyba się przeliczył.
NO, ALE JAK LUDZIE MOGĄ SPADAĆ Z NIEBA?!
A może on był jego aniołem, czy jakimś przeznaczeniem?
Od razu kiedy o tym pomyślał, to chcąc lub też nie, zarumienił się, bowiem ów chłopak urodą nie grzeszył.
Westchnął ciężko; nie chciał się teraz nad tym wszystkim głowić.
Musiał mu przecież pomóc!
Ułożył chłopaka na chodniku, jego głowę wciąż trzymając na swoich kolanach i gładził lekko palcami jego miękkie włosy. Uśmiechnął się delikatnie, kiedy nagle nieznajomy otworzył oczy. Chen widząc to uśmiechnął się wesoło, machając do niego ręką.
- O, obudziłeś się, wszystko w porządku? Jak masz na imię, nieznajomy? - ten zaś przeciągnął się z grymasem i skrzywił niemal niewidocznie.
- Junmyeon... Suho.. ja... co się stało...? 
"Suho."
Kiedy tylko Suho kompletnie skojarzył fakty, i to, co się z nim w aktualnym momencie działo, niemal w trybie natychmiastowym uciekł z kolan Jongdae, patrząc na niego w przerażeniu. Cofnął się o kilka kroków, upadając pośladkami na ziemię, jednak widząc, że Chen cały czas się uśmiechał, uniósł brew.
- Kim ty jesteś? - spytał chłopaka, a ten tylko roześmiał się ponownie.
- Mam na imię Jongdae i po prostu sobie śpiewam. Nie wiedziałem, że ludzie potrafią spadać z nieba. Jesteś aniołem? - zażartował, zbliżając się powoli do zdezorientowanego Suho.
Ten tylko pokręcił głową i przez pierwszą chwilę nie mógł oderwać od tego drugiego wzroku. Spojrzał potem na swoje dłonie, nie dowierzając, że jeszcze był cały. Czyżby udało mu się przetrwać upadek z podróży z EXO Planet i jeszcze żyć? Westchnął cierpiętniczo i ponownie uniósł głowę, kiedy nagle wielka fala czerwonych pląsów zalała jego policzki. Jongdae bowiem był zbyt blisko niego i poza tym zbyt szeroko się uśmiechał.
- To kim jesteś, jak nie aniołem? - spytał śpiewak i posłał mu szczery uśmiech.
- Ja... jestem z innej planety...
Chen rozdziawił szeroko usta.
- Ty chyba sobie żarty stroisz? Owszem, jesteś całkiem ładny, ale żeby od razu być z innej planety... Kiepski tekst na podryw, Suho~ - roześmiał się, widząc kolejne pomidory na twarzy nowo poznanego chłopaka. - Ale fajnie, witam na Ziemi!
Nie miał nigdy jakichś specjalnych hamulców, by mówić o czymś naprawdę szczerze, no a przecież musiał przyznać, że ten aniołek, co aniołem jednak nie był miał w sobie coś, co od razu przykuło jego uwagę, i sprawiło, że naprawdę się nim zainteresował. Lubił też facetów i jakoś specjalnie się z tym nie krył.
Junmyeon zaś nie mogąc znieść tego beztroskiego zachowania chłopaka przed nim od razu zmienił temat, pytając o coś, co Jongdae od razu się spodobało.
- Kiedy leciałem, słyszałem piosenkę, to ty śpiewałeś?
Chen uśmiechnął się szeroko i pokiwał głową.
- Ładnie... Masz... Bardzo... Ł-ładny głos, Jong...
- Jongdae, ale mów mi Chen. Będzie łatwiej. - dopowiedział za niego Koreańczyk, widząc, że zaczął coś się gubić w słowach. - Mam ci ją zaśpiewać jeszcze raz?
Suho uniósł brew, ale na jego twarz wyskoczył szeroki uśmiech, więc pokiwał tylko głową, a drugi chłopak jedynie złapał mocny oddech w płuca, spojrzał na niego przez sekundę dziwnie kocim wzrokiem i zaczął po prostu śpiewać, wydobywając z głębi siebie wszelkie możliwe uczucia:



"Oszalałem na pierwszym spotkaniu
Gdy jestem obok, wszystko inne płynie w zwolnionym tempie
Więc proszę powiedz mi: czy to naprawdę miłość?
Dzięki miłości zapomnę ból minionych dni,
Zapomnę płacz przeszłości
Więc proszę powiedz mi: czy to naprawdę miłość?(...)"

 

- Idealnie, śpiewaj dalej...
Jongdae widząc tą fascynację w oczach nowo poznanego chłopaka aż się gotował w środku ze szczęścia. Tak bardzo brakowało mu tego, żeby ktoś docenił go właśnie w taki sposób i jeszcze kazał śpiewać dalej. A tu jednak proszę, marzenia się spełniają, i to do tego jeszcze anioł je spełnił!
Uśmiechnął się szeroko i poczochrał dłonią ślicznie ułożone, brązowe włosy Suho, który na samą tą czynność lekko rozdziawił usta w szoku, od razu opuszczając głowę. Tu uczucie było... naprawdę dziwne, ale przyjemne.
- Jeżeli będziesz chciał, mogę ci zaśpiewać tą piosenkę jeszcze nie raz, Junmyeonnie~ - powiedział niskim, ale tak bardzo przyjemnym głosem Jongdae, że chłopak aż przymknął oczy z wrażenia.
Nikt wcześniej nigdy nie zdrabniał tak jego imienia, więc naprawdę to było niesamowicie cudowne uczucie.
Jednak po chwili te słowa dotarły do niego w głębszym znaczeniu, a do tego, kiedy na nowo ujrzał twarz Jongdae tak blisko swojej aż odsunął się od niego z cichym jękiem i zaczął biec w jakimś nieznanym mu kierunku.
- Spotkamy się kiedy indziej, teraz nie mam zbytnio czasu, Chen, ale chętnie posłucham twojego śpiewu! - krzyknął na odchodnym, ale nie uciekł daleko.

Schował się po prostu za stojącym za rogiem budynkiem, próbując opanować nagły atak szybkiego oddechu na jego płuca i mocno bijące w piersi serce. Rumieńce z jego twarzy nie chciały zniknąć, a opuszczona głowa i zaciśnięta mocno ręką na własnej piersi i koszulce powodowała, że zagubił się w tym wszystkim jeszcze bardziej.
Nie wiedział dokładnie, jak miał to opisać, ale czuł się dość przyjemnie.
Tylko dlaczego, kiedy za każdym razem pomyślał o Jongdae, jego serce na nowo waliło w piersi jak szalone, a gorąc zalewał całe jego ciało?
No cóż, chyba ta podróż od świata do świata spowodowała, że się pochorował, tylko ciekawe czy na głowę, czy na coś innego.
Westchnął cicho. 
 "Chen."
A potem znów się zarumienił, ale mimo wszystko uśmiechnął.
A co do samego Jongdae, to teraz aż mu się przyjemniej śpiewało. Wielki uśmiech gościł na jego twarzy, kiedy powtarzał na nowo słowa tej samej piosenki i co i raz zerkał z stronę, w którą chwilę temu uciekł Junmyeon. On... ten chłopak miał coś w sobie, co w ogóle nie pozwalało mu wyjść z głowy Jongdae, ale jak widać, jemu nawet to pasowało.
Roześmiał się wesoło, wydobywając z krtani kolejny, piękny, wysoki ton:


"Oszalałem na pierwszym spotkaniu (...)
Więc proszę powiedz mi: czy to naprawdę miłość?"
Layout by Miharu